Pokazywanie postów oznaczonych etykietą esej. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą esej. Pokaż wszystkie posty

środa, 12 kwietnia 2017

I'm fuc*ing 20

That's right lads, I've just turned 20 and you know what? I'm pretty amazed looking at things I've achieved so far. Although I woke up thinking - shit, it flew so fast, if another 20 will flow so quickly then one day I'll just wake up being 40. Which is not as bad as it may sound - maybe I'll finally know who I am and what the fuk I'm doing with my life...
But hey, looking back at things and all of the amazing memories - I'm amazed and I'm truly blessed to be where I am right now at this point of life. 
Zdjęcie użytkownika Monika Ewa Piotras.I was an ambitious kid since I can remember. It doesn't matter what it was about - I just always wanted to be the best - I know it's pretty fucked up, but at the same time thanks to that by the age of six I could write and speak in three languages - Polish, English and Swedish - unfortunately, I ended up not continuing my journey with Swedish so now apart from Jag hetter Monika I can't say anything else. Well - shit. I could also count and I dealt like a boss with simple mathematical equations. During my early stages of education, I started to learn German and I found out that history is the thing that I love. The writing was right by my side at every stage of my life, but back then when I was 13 I didn't know that this is the thing, yeah, THE thing that I want to do every day, every second of my adult life. I just knew that I like doing that but I was pretty damn sure that in the future I want to be a lawyer. Well, although I'm pretty good at proving my point I'm also pretty fucking lazy (and I swear a lot). I know that if I had decided to study law I would manage to do my best, but would I be happy? Not really. It consumes so much time that I'd rather spend reading, taking pictures or writing...
So here I am - studying journalism and creative writing in the UK and even Brexit can't get rid of me, I hope.
Zdjęcie użytkownika Anastasia Vishnevskaya.When I was a teenager my mom showed me a great part of the world and at the same time, she helped me to develop another passion, right next to learning languages and dancing. Travelling has always been a huge part of my life and after I started modeling I was sure that sitting in one place for the rest of my life is just not for me... Thanks to that I know also that writing and photography are the things that will be the main part of my future as they are now. If someone ever tells you that your passion can't be your job - they are lying! If you try hard enough and pursue to make your dreams come true, you'll make it one day and they can stare at you with their jaws on the floor. Prove them wrong. You do you boo! Even if sometimes it means to make a lot of mistakes and learn everything the hard way - hey, it's your way and that's the most important thing in life, to do everything as you want to.
Zdjęcie użytkownika Sophie Jo.I'm blessed having the most amazing mother in the whole world and I could never wish for any better. Thanks to this amazing woman I achieved so much. Every time when I wanted to give up and stop doing things that I love, because, fuck, it's so hard sometimes and you start to question if it is even worth the shit you have to go through. She was always there for me and she still is right by my side telling me to go for it and don't care about people's opinions because they are not in my body so how they can know what's best for me? Mom, thank you for being my angel who is always there to laugh, cry, scream, travel, run, eat and diet with me. I love you to the moon and back and to the moon and back and to the moon and back and to the moon and back and to the moon...
Zdjęcie użytkownika Karolina Zgutczyńska.20 years of my life were rough, I started up as a small, shy fetus. I was bullied, I bullied others (I'm not proud of this one, but we all make mistakes), I was obsessing about that boy who up till now has no idea about my existence, I had no friends, then I had a bunch of friends. I was traveling, missing my home, finding a home from home, making amazing memories, riding a motorbike without a license, I got my first piercings and tattoos and I started to figure out what the heck life is about. I'm still not sure if I know exactly what's up, but at least I'm trying... Although I keep learning everything the hard way, maybe just because that I'm dyslexic.

czwartek, 8 września 2016

Studia w Anglii #1

      Niedługo minie kolejny tydzień od mojego przyjazdu do Anglii. Moje wifi pojawia się i znika, tak samo jak jedzenie z lodówki i moja cierpliwość do współlokatorów. Większość czasu spędzam na szukaniu sobie zajęć i rozpatrywaniu podjętej przeze mnie decyzji... Tak - mam wątpliwości, ale to przecież jest normalne. W przerwach pomiędzy waleniem głową w ścianę i omijaniu ton porozrzucanych butelek na kuchennej podłodze akademika staram się być produktywną małą osóbką. Ha! Nie taką małą w Anglii! Okazuje się, że jest tu bardzo dużo osób niższych ode mnie, a moje 174cm są ponad przeciętną wysokością człowieka płci żeńskiej. Do tego stojąc przy niektórych w końcu myślę o sobie jak o osobie szczupłej. Hura!
       Po płakaniu po rozmowach z przyszłymi-niedoszłymi pracodawcami nareszcie znalazłam miejsce zatrudnienia. Zostałam w gastronomii i jeśli będziecie w Aldershot bądź okolicach - zapraszam na kawę i gofry (pamiętajcie, aby zostawić napiwek). Miło jest porozmawiać z kimś po polsku podczas pracy (właściciel jest Polakiem), która nie jest nadzwyczaj trudna, choć nie raz potrafię coś sknocić.
       Zwiedziłam już pół Farnham i... Tęsknię za Londynem. Nie jest to okropne miasto, z którego chciałoby się uciec, ale prócz "akademikówek/domówek" nic ciekawego się tutaj nie dzieje, przez co czasem popadam w depresję. Szczególnie w momentach, gdy chcę pójść do sklepu, ale jest już po 7pm więc muszę wytrwać do dnia następnego. No cóż - bywa i tak.
      Moi współlokatorzy nie dali się jak na razie poznać z najlepszej strony. Są małymi świnkami z trzech stron świata (Kanada, Włochy i UK). Po kilku miesiącach może przywyknę do włosów na podłodze prysznica i obsikanej muszli toalety, ale jak na razie z ciężkim sercem za każdym razem wchodzę do łazienki wstrzymując oddech i zaciskając zęby. Nie jestem fanką sterylności, ale zachowajmy pozory, pewne normy i chociaż spróbujmy udawać, że potrafimy idealnie funkcjonować w społeczeństwie. Może to przez to, że wybrałam uczelnię artystyczną? Prawdopodobnie... Obym sama nie wylądowała po kilu miesiącach z fioletowymi, lub różowymi włosami, co wydaje się być tu przymusowe. Przynajmniej nie patrzą na mnie jak na przestępcę widząc nostrila i spetum zwisające z mojego nosa.
       Mam dosyć smrodu przypalonego makaronu, widoku brudnej płyty w kuchni (mój wewnętrzny czyścioszek płacze za każdym razem, gdy w wyobraźni pojawia mi się ten obraz nędzy i rozpaczy), czy zaschniętych kropel moczu na desce (samo napisanie tych słów wywołało u mnie dreszcze przerażenia). Masz mnie juz za okropną osobę, fanatyczkę czystości i niezdolną do życia z ludźmi, czyż nie? Mylisz się drogi czytelniku - prócz tylu wad życia w akademiku jest też parę zalet. Dotychczas jest to mniejsza grupa, ale zawsze coś.
         Mój pokój jest ciasny, ale własny - z dużym oknem i zasłonami dzięki którym nie będę lunatykować (mam taką nadzieję). Mały kwiatek zasadzony przez moją mamę imituje mi zwierzątko (mówię do rośliny - chyba do końca zdziwaczałam), a tablica korkowa jest prawie całkowicie zapełniona. Nauczyłam się używać ich kontaktów i głównego zaworu prądu, już wiem, że oni uwielbiają wszystko robić na opak - nawet zawór wody odkręca się w przeciwną stronę niż chciałby tego normalny Europejczyk (może to jest powód dla którego Anglia odłącza się od EU). Choć moi współlokatorzy to świnki nie są świniami - można z nimi miło porozmawiać, spędzić czas (dopóki na stole nie pojawia się cydr za funciaka). Wiem też jak przeżyć tydzień za 5funtów. Powinnam uczestniczyć w Asia Express, zmieńmy tylko nazwę na UK dirty af Express - how to survive in dorms and not to kill urself.

wtorek, 15 marca 2016

Polityka zagraniczna II Rzeczpospolitej – sukcesy i porażki.

                   22 stycznia 1918 roku prezydent Stanów Zjednoczonych Woodrow T. Wilson wydał czternastopunktowe orędzie, którego trzynasty punkt dotyczył Polski: „Powinno być utworzone niepodległe państwo polskie, które winno obejmować ziemie zamieszkane przez ludność bezspornie polską (…)”[1] . W 1795 roku państwo polskie zostało zmazane z mapy świata. Na sto dwadzieścia trzy lata straciło niepodległość. Od pierwszego rozbioru Polacy dążyli do odzyskania niezależności. Zrywy niepodległościowe, powstania, wielka emigracja, powstawanie pierwszych partii politycznych, by w roku 1918 powstała Druga Rzeczpospolita. 16 listopada 1918 roku Piłsudski zawiadomił w telegramie rządy państw uczestniczących w I wojnie światowej oraz państwa neutralne o powstaniu niepodległego państwa polskiego[2]. Jędrzej Moraczewski został pierwszym premierem odrodzonej Rzeczpospolitej, Józef Piłsudski został Tymczasowym Naczelnikiem Państwa, 26 stycznia 1919 roku według ordynacji pięcioprzymiotnikowej miał zostać wybrany Sejm Ustawodawczy, w wyborach tych zwycięstwo odniósł Związek Ludowo-Narodowy. 20 lutego 1919 roku wprowadzono tak zwaną małą konstytucję – najwyższym przedstawicielem Rzeczpospolitej został Naczelnik Państwa – Józef Piłsudski – to on będzie samodzielnie decydować w sprawach polityki zagranicznej[3] .
 
                 Duży wpływ na politykę zagraniczną II Rzeczpospolitej miał system wersalski oraz proces kształtowania się granic nowoutworzonego państwa. Jej podstawowym celem stało się bezpieczeństwo państwa polskiego, które powstało między dwoma gigantami – Niemcami oraz ZSRR. Na kadrę dyplomatyczną Polski złożyli się politycy z zespołu Komitetu Narodowego Polskiego Romana Dmowskiego, Naczelnego Komitetu Narodowego oraz grupy dyplomatów pochodzących z austro-węgierskiej służby zagranicznej. Nie możemy pomijać także Stanisława Pateka czy Augusta Zaleskiego, którzy byli ministrami do spraw zagranicznych ściśle związanymi z Józefem Piłsudskim oraz młodego pokolenia, które także rekrutowało się do służby zagranicznej II Rzeczpospolitej[4]
 
                Pierwszymi sukcesami polityki zagranicznej odrodzonej polski są bezspornie postanowienia traktatu Ryskiego, który zakończył wojnę polsko-sowiecką i ustalił wschodnią granicę oraz Wersalskiego w sprawie granic zachodnich, północnych oraz południowych – Rzeczpospolitej przyznano Wielkopolskę i Pomorze[5]. Na Konferencji Paryskiej Polskę reprezentowali Roman Dmowski oraz Ignacy Paderewski. Jednakże w roku wydania traktatu – 1919 do roku 1926, czyli podczas okresu demokracji parlamentarnej, polską politykę zagraniczną można opisać jako bardzo niestabilną do czego przyczyniły się częste zmiany ministrów, tym samym brak ciągłości działania oraz nieokreślony kształt i kierunek polityki przez walkę głównie Narodowej Demokracji z obozem Józefa Piłsudskiego. Choć poglądy ministrów spraw zagranicznych na politykę różniły się to doszli oni do konsensusu, iż dyplomacja powinna zostać dostosowana do warunków pracy pokojowej oraz opierać się na poszanowaniu traktatów potwierdzających status quo[6]
 
                      Tuż po sukcesie jakim były postanowienia traktatu wersalskiego nadszedł czas na porażkę polityki zagranicznej. Polska została zmuszona do podpisania tzw. małego traktatu wersalskiego, w którym zobowiązała się do przestrzegania praw mniejszości narodowych, te zaś podczas konfliktów mogły odwołać się do arbitrażu Ligi Narodów. Ograniczało to suwerenność państwową – posługując się pretekstem obrony praw mniejszości narodowych inne państwa mogły ingerować w wewnętrzne sprawy Polski[7], która w tej sytuacji jako nowy kraj musiała szybko znaleźć gotowych do pomocy sojuszników.
Z dniem 19 lutego 1921 roku podpisano układ o przymierzu między Polską, a jej tradycyjnym sojusznikiem – Francją. Ów deklaracja o przyjaźni była także układem politycznym z konwencją wojskową, dotyczył on wzajemnej pomocy w razie wojny z Niemcami. W następnym roku Francja podpisuje z Polską także umowę handlową. 3 marca 1921 roku dochodzi do zawarcia polsko-rumuńskiego paktu o wzajemnej pomocy w przypadku agresji ze strony Rosji Radzieckiej. Niestety przymierze to nigdy nie stało się pełnowartościowe. Polska była pozbawiona nowoczesnej gospodarki, więc nie miała możliwości stania się głównym partnerem ekonomicznym Rumunii, która była skłócona z sąsiadami, zapóźniona cywilizacyjnie oraz chwiejna politycznie. Sojusz Warszawy i Bukaresztu był jedynie formalny, ponieważ przedstawiał ograniczoną wartość nawet jako czynnik odstraszania w czasie pokoju. Do sojuszników IIRP zaliczamy także Łotwę, która była wdzięczna za pomoc w wojnie z bolszewicką Rosją.
Saisonstaadt (miasto sezonowe) – takim mianem określały państwo Polskie Niemcy, które od początku nie były zadowolone z powstania nowego kraju. Kanclerz Josef Wirth publicznie powiedział o potrzebie wykończenia Polski, dodał także, że do tego będzie zmierzała jego polityka[8]. Niemieckie poglądy na istnienie nowego państwa, domaganie się rewizji zachodniej granicy RP znacznie zbliżało je do ZSRR. Tym samym 16 kwietnia 1922 roku Niemcy nawiązały formalną współpracę z ZSRR – podpisano układ w Rapallo. Te dwa państwa nawiązały stosunki dyplomatyczne, ich rządy zdecydowały się do rezygnacji z żądań finansowych wobec siebie, było to także tajne porozumienie wojskowe. Traktat ten pomiędzy dwoma największymi wrogami państwa polskiego spowodował znaczny wzrost zagrożenia II RP, przywodził on na myśl dawne porozumienie rosyjsko-pruskie, którego skutkiem były rozbiory Rzeczpospolitej. Spowodowało to specjalne skrytykowanie porozumienia w Rapallo przez rząd polski w oświadczeniu. 
 
                       Wiarygodność Francji jako sojusznika Polski znacznie zmalała po podpisaniu przez rząd francuski „Paktu Reńskiego” na konferencji w Locarno w 1925 roku. Wzięły w niej udział Francja, Niemcy, Belgia, Włochy oraz Wielka Brytania. Zawarty przez Niemcy, Francję i Belgię pakt traktował o nienaruszalności niemieckiej granicy zachodniej z Francją i Belgią, czego gwarantami stały się Wielka Brytania z Włochami – zobowiązały się w razie agresji jednej ze stron udzielić pomocy tej napadniętej. Niemcy jednakże nie chciały zagwarantować swojej wschodniej granicy, zapowiedziały możliwość jej pokojowej rewizji na swoją korzyść. Francja wyraziła zgodę na ten pakt, co poddało wątpliwości jej sojusznicze i przyjacielskie nastawienie do Polski. Największy nacisk na zmianę granic z Polską oraz zmniejszenie reparacji kładł Kanclerz Republiki Weimarskiej oraz minister spraw zagranicznych – Gustaw Strasemann, który w listopadzie 1924 roku stwierdził, że Prusy Wschodnie zostaną pewnego dnia powtórnie połączone z państwem niemieckim. Rok później wybucha wojna celna między Polską, a Niemcami, ze względu na odmowę przez Niemcy przedłużenia klauzuli najwyższego uprzywilejowania i importu węgla polskiego. 
 
                         Stosunki z ZSRR także wciąż były napięte. Odszkodowania, do których Związek Sowiecki zobowiązał się w traktacie ryskim pozostały niespłacane, prześladowano mniejszość polską oraz Kościół katolicki, na terenach Polski władze sowieckie wspierały działania komunistów, a ci otwarcie zajmowali się zwalczaniem polskiej państwowości, rozwinięta była także propaganda sowiecka określająca województwa wschodnie RP terminami Zachodnia Białoruś i Zachodnia Ukraina. Sowieci wspierali oddziały dywersyjne przenikające z ZSRR na ziemie polskie, terroryzujące tamtejszą ludność. Premier Władysław Sikorski złożył wniosek o utworzenie Korpusu Ochrony Pogranicza, który miał na celu zatrzymanie napaści ze strony rosyjskiej. W 1924 roku Polska i ZSRR podniosły swoje przedstawicielstwa dyplomatyczne do rangi poselstw, a rok później strony porozumiały się w kwestii likwidacji konfliktów granicznych, niestety ZSRR odrzucił propozycję układu o nieagresji. Już w 1929 roku zwaśnione strony podpisały tak zwany protokół Litwinowa, w którym wyrzekały się wojny jako środka do rozwiązywania konfliktów. 
 
                                Polska powoli traciła sojuszników. Wyraźnie widać po układach lokareńskich, iż Francja dążyła już od 1925 roku do ograniczenia swoich zobowiązań sojuszniczych wobec Polski. W roku 1929 zaczęła wzmacniać Linię Maginota, umocnienia przy granicy z Niemcami, co jednoznacznie wskazywało na to, że w razie konfliktu polsko-niemieckiego strona francuska ma zamiar zachowania całkowitej bierności. Nie po raz pierwszy okazało się, że polska sympatia do Francji jest niestety jednostronna. Próby bliższego porozumiewania się z Wielką Brytanią także zawiodły, była ona niechętna Polsce od początku jej istnienia, Brytyjczycy traktowali Polskę jedynie jako rzecznika interesów Francji w środkowej Europie, poza tym zawsze dużą sympatią darzyli Niemcy. Relacje z Litwą były napięte przez nieustający konflikt o Wileńszczyznę, dążono do jego pokojowego rozwiązania jednakże nigdy nie doszło do nawiązania jakichkolwiek stosunków. Sprawa Śląska Cieszyńskiego oraz osobista awersja do Polski czeskich przywódców politycznych nie wpływały dobrze na stosunki RP z Czechosłowacją. 
 
                                Choć Polska traciła sojuszników, to także łagodziła sytuację z nieprzyjaciółmi. Podpisano dwa układy o nieagresji – z ZSRR 25 lipca 1932 roku, a z Niemcami 26 stycznia 1934 roku, co zaskutkowało tymczasowym kompromisem między Polską, a jej wielkimi sąsiadami. Marszałek Piłsudski uważał utrzymanie tego stanu rzeczy za priorytet polityki zagranicznej II RP, choć miał wątpliwości co do długotrwałości tych porozumień. Rząd starał się także zachować sojusze defensywne z Francją oraz Rumunią, które w latach trzydziestych XX wieku mogły dać Polsce bardzo dużo w wypadku wojny. W roku 1934 powstało pojęcie polityki równowagi. Stało się to wtedy, gdy władzę przejęli piłsudczycy, którzy postanowili prowadzić bardziej stanowczą i podmiotową politykę zagraniczną niż wcześniej. Na nowy kształt polityki zagranicznej wpłynęła także zmiana na stanowisku ministra spraw zagranicznych, którym teraz był Józef Beck. W duchu tej polityki, rząd polski odrzucał koncepcję współdziałania z Niemcami przeciwko Sowietom, zarówno jak działania z Sowietami przeciw Niemcom, Polska także nie przyjęła francuskich propozycji w sprawie paktu wschodniego, który skierowany był przeciw Niemcom oraz niewątpliwie uzależniłby Polskę od ZSRR. Odrzucono także przez Warszawę niemieckiej propozycji do przyłączenia się do paktu antykominternowskiego. Trzymanie się idei polityki równowagi było wielkim sukcesem polityki zagranicznej lat 1934-1939 II RP, ponieważ zapobiegły podporządkowaniu się interesom ZSRR czy Niemiec. 
 
                        Polsko-niemiecka deklaracja o niestosowaniu przemocy z dnia 26 stycznia 1934 roku przyniosła znaczący awans Warszawy na arenie międzynarodowej, położenie Polski się wzmocniło, a niemieckie roszczenia terytorialne zostały odroczone, nastał także koniec wojny celnej z Niemcami, która trwała od roku 1925. Władze Wolnego Miasta Gdańska zaczęły szanować polskie prawa, a Niemcy skończyły stosować agresywną, antypolską propagandę. Negatywnym skutkiem jest to, że Polska od tego czasu była postrzegana jako sojusznik Hitlera. 
 
                            Warto zwrócić szczególną uwagę na politykę Józefa Piłsudskiego po przewrocie majowym, czyli zbrojnym zamachu stanu, który miał miejsce w Warszawie w 1926 roku. Celami Józefa Piłsudskiego było nie tylko umocnienie pozycji międzynarodowej Polski, ale także osłabienie imperializmu radzieckiego poprzez zbudowanie za wschodnią granicą bloku państw połączonych federacją z Polską. W życie została wprowadzona polityka prometejska, która wspierała działalność ukraińskich, kozackich i kaukaskich organizacji oraz idea „międzymorza” – czyli stworzenie wcześniej wspomnianej federacji państw Europy Środkowo Wschodniej pod przewodnictwem państw antykomunistycznych. Trzy lata po przewrocie rząd polski podpisał z ZSRR, Estonią, Łotwą i Rumunią protokół Maksima Litwinowa o niestosowaniu przemocy w dochodzeniu swych pretensji terytorialnych.






WSTĘP:
[1] – A. Garlicki – „Pierwsze lata drugiej Rzeczpospolitej” str. 2
[2] – A.Dziurok, M.Gałęzowski, Ł.Kamiński, F.Musiał „Od niepodległości do niepodległości Historia Polski 1918-1989” str.22-24
[3] – A.Garlicki – „Pierwsze lata drugiej Rzeczpospolitej” str. 19-28 , 31, 36-44

ROZWINIĘCIE:
[4] – W. Michowicz „Organizacja polskiego aparatu dyplomatycznego w latach 1918-1939, Historia dyplomacji polskiej” str. 5-78
[5] – S.Sierpowski „ Polityka zagraniczna Polski międzywojennej” str. 3-6
[6] – W.Roszkowski „Historia Polski 1914-2004” str. 21-25
[7] - A.Dziurok, M.Gałęzowski, Ł.Kamiński, F.Musiał „Od niepodległości do niepodległości Historia Polski 1918-1989”str. 26-32
[8] - A.Dziurok, M.Gałęzowski, Ł.Kamiński, F.Musiał „Od niepodległości do niepodległości Historia Polski 1918-1989”str.66


wtorek, 16 lutego 2016

"Niech żyje major Łupaszko!" - historia dziewczyny wyklętej.

Historia Danuty Siedzikówny ps."Inka", młodej, odważnej nastolatki, odpowiedzialnej kobiety, posłusznego żołnierza, dziewczyny wyklętej. Praca nagrodzona pierwszym miejscem podczas corocznych trójmiejskich obchodów dni Żołnierzy Wyklętych. 



                                Było ich ponad 180 tysięcy. W ostatnich dniach wojny na terenie Polski udział w działaniach partyzanckich antykomunistycznych brało około 80 tysięcy. Ostatni z nich – Józef Franczak ps. „Lalek” z oddziału kpt. Zdzisława Brońskiego „Uskoka” zginął w obławie pod Piaskami. Miało to miejsce osiemnaście lat po wojnie. Ginęli w imię polskości. Stawiali opór sowietyzacji Polski, podporządkowaniu jej ZSRR, toczyli bój ze służbami komunistycznymi. Stworzyli niepodległościowy ruch partyzancki. Wyklęci, niezłomni, zapomniani, starci z kart historii. Żołnierze Wyklęci. W świecie brutalności, codziennej walki o przetrwanie, o lepszą, polską, Polskę, ukrywania się i ciągłego strachu, w świecie zdominowanym przez mężczyzn dużą rolę odgrywały kobiety.
                                 Danuta Siedzikówna - „Inka”. Urodziła się 3 września 1928 roku w Głuszczewinie, koło Narewki na Podlasiu. Jej ojciec – Wacław Siedzik - był leśniczym w Olchówce, w 1940 roku został wywieziony podczas pierwszej wielkiej wywózki mieszkańców Kresów na Wschód przez Sowietów. Udało mu się stamtąd przedostać do nowo formowanej armii Andersa, trzy lata później zmarł. Mama Danuty - Eugenia Tymińska została zamordowana przez Gestapo w lesie pod Białymstokiem w 1943 roku za współpracę z polskim podziemiem. Miała dwie siostry – Wiesławę oraz Irenę. Uczyła się wraz z siostrą w szkole powszechnej w Narewce, to w niej poznaje Inkę, dziewczynę, która stała się inspiracją pseudonimu Danki. Grała na gitarze, śpiewała w chórze kościoła parafialnego, jeździła konno, bawiła się z rówieśnikami. Dorastanie, poznawanie siebie i odkrywanie świata w brutalny sposób przerwała jej wojna. Dwa dni przed jedenastymi urodzinami Danuty, w piątek, o godzinie 4:45 niemiecki pancernik szkolny „Schleswig-Holstein” rozpoczął ostrzał Westerplatte, Wojskowej Składnicy Tranzytowej na terenie Wolnego Miasta Gdańska. Młoda Danuta nie zdawała sobie jeszcze wtedy sprawy, jaki wpływ będzie to miało na jej przyszłość.
                               Po aresztowaniu matki dziewczynki zostały pod opieką babci. Danka z babcią i siostrami ostatni raz zobaczyły Eugenię, która przebywała w więzieniu w Białymstoku. Pobita, opuchła, zmaltretowana przez Niemców kobieta sprzątała podwórze, powoli, wykonując swą pracę podeszła do dziewczynek czekających przy bramie. To tam po raz ostatni powiedziały matce, że ją kochają. Eugenia zdawała sobie sprawę, że jest to pożegnalne spotkanie. Próbowała dodać swoim dzieciom otuchy, prosiła, aby były dzielne, posłuszne babci. „Wojna nie będzie trwała wiecznie” - mówiła. Widok pobitej, bezzębnej, skatowanej przez Niemców matki towarzyszył Danucie przez cały okres wojny. Dwunastolatka pragnęła pomścić ukochaną mamę. Ostatnim śladem życia Eugenii był gryps – strzęp karteczki od nabożeństwa - „Szczęśliwy i nie zna kaźni, kto w Pańskiej żyje bojaźni. Najmilsza jemu jest droga iść według przykazań Boga”. Kilka dni po piętnastych urodzinach Danuty w lesie pod Białymstokiem rozstrzelano Eugenię Siedzik.
                                 Wstąpienie do Armii Krajowej nastąpiło po zamordowaniu przez Gestapo matki Danki. Miała zaledwie piętnaście lat kładąc swe ręce wraz z młodszą siostrą Wiesławą na święty Krzyż, znak męki i Zbawienia w obliczu Boga Wszechmogącego i Najświętszej Marii Panny Królowej Korony Polskiej. Przysięgały być wierne swej Ojczyźnie, Rzeczpospolitej Polskiej, stać nieugięcie na straży Jej honoru i walczyć ze wszystkich sił, aż do ofiary ich życia. Obiecały bezwzględne posłuszeństwo Prezydentowi Rzeczpospolitej i rozkazom Naczelnego Wodza oraz wyznaczonemu przezeń dowódcy Armii Krajowej, a także dochowania tajemnicy niezłomnie, cokolwiek by ich spotkać miało. Po odbyciu szkolenia medycznego Danuta Siedzikówna została sanitariuszką czwartego szwadronu odtworzonej na Białostocczyźnie 5 Wileńskiej Brygady AK, zwanej także jako „Brygada Śmierci”. Przyjęła pseudonim „Inka”. Jako sanitariuszka podjęła służbę w oddziale „Konusa”, później pracowała w szwadronach porucznika Jana Mazura „Piasta”, porucznika Mariana Plucińskiego „Mścisława”, a także porucznika Leona Beynara „Nowiny”. Po rozpuszczeniu oddziału przez mjr „Łupaszko” do cywila wszyscy musieli się ukrywać. UB było na jej tropie. Komuniści aresztowali Wiesławę, starszą siostrę Inki. Nie ona jednak była ich celem, ponieważ szybko zwolnili ją z aresztu, mieli nadzieję, że ta doprowadzi ich do młodszej siostry.
                                  Dankę ukrył jej ojciec chrzestny – Stefan Obuchowicz, leśniczy. Dzięki niemu dostała pracę w leśnictwie Miłomłyn niedaleko Ostródy. Dziewczyna przez kilka miesięcy wiodła spokojne, normalne życie. W 1946 roku dowódca jednego ze szwadronów „Łupaszki” - podporucznik Zdzisław Badocha „Żelazny” nawiązał kontakt z Danutą. Powróciła „Inka”. Zaczęła brać udział w akcjach. Wraz z „Żelaznym” i żołnierzami jeździła na likwidacje funkcjonariuszy NKWD i UB. Była ich świadkiem, nigdy uczestnikiem. Słyszała, jak partyzanci krzyczą do ubeków, by błagali o życie. Jeździła czasem całymi dniami po wsiach, nerwowo poprawiała swój malutki pistolecik przypięty do pasa, sprawdzała, czy w razie poniesienia rany ma wszystko, czego potrzeba do opatrzenia żołnierza.
                                  Tymczasem lasy na Pomorzu były przeszukiwane przez grupy bojowe wojska i milicji wsparte oddziałami NKWD i ludźmi z UB. Oddział „Żelaznego”, w którym była Danusia rozbroił liczne posterunki MO, siedzibę UB i ponownie stał się partyzanckim oddziałem pieszym. Porzucili ciężarówkę i błąkali się po leśnych ścieżkach i bezdrożach w celu zgubienia potencjalnej pogoni. Szczególną opieką obdarzał „Inkę” „Mercedes”. Chłopak ten zawsze pomagał jej w trudnych chwilach.
                              „Żelazny” w 1946 roku został ranny podczas obławy UB, gdy wraz z oddziałem odpoczywał w wiejskim domu. Znalazł ich oddział NKWD wsparty ludźmi z UB. Nikt nie został postrzelony, prócz dowódcy. Kula trafiła w jego obojczyk. „Inka” opatrzyła mu ranę. Wzięci do niewoli komuniści zostali rozstrzelani za wiejską stodołą. Danka wzdrygnęła się słysząc odgłosy strzałów oddanych przez „łupaszkowców”. Zastępcą Zdzisława Badochy był sierżant Olgierd Christa „Leszek”.
„Inka” chciała pomóc każdemu, kto był ranny. Bandaże dawała także komunistom, milicjantom. „Niech Bóg da zdrowie” szeptała. Nie widziała nigdy różnicy pomiędzy ludźmi, uważała, że pomagając im, nie robi nic złego. Nie przejmowała się nigdy zgryźliwymi komentarzami kolegów z oddziału.
Partyzanci „Łupaszki” znaleźli nowe bezpieczne miejsce w mieszkaniu sióstr Mikołajewskich w Gdańsku przy ulicy Wróblewskiego. Siostry polubiły Danusię. Hela i Jadzia Mikołajewskie pochodziły z Wilna i nie było to ich pierwsze zetknięcie z konspiracją. Młoda sanitariuszka zajmowała się głównie zakupami medycznymi, uzupełnianiem braków w ekwipunku sanitarnym, kupowała zastrzyki, lekarstwa, opatrunki. Odwiedzała swoją młodszą siostrę, Irkę, w domu dziecka, brata swojej mamy Brunona Tymińskiego, który studiował w Gdańsku.
                                 20 lipca 1946 roku, w nocy, Danuta Siedzikówna została zabrana do siedziby UB. Później komuniści wrócili po siostry Mikołajewskie. Po latach ścigania UB złapało sanitariuszkę „Łupaszki”. Było to dla nich wielkim sukcesem. Umieszczona w pawilonie więzienia V w Gdańsku jako więzień specjalny. Śledztwo kierował naczelnik Wydziału III WUBP w Gdańsku Jan Wołkow i kierownik Wydziału Śledczego WUBP Józef Bik. Do końca pozostała niezłomna. Bita, katowana, poniżana przez tych, którym niegdyś krwawiącym podawała bandaże do opatrzenia ran. Nieugięcie stała na straży honoru i wyzwolenia Ojczyzny, aż do ofiary swojego życia. Im mocniej ją uderzano, tym mniej mówiła. Do celi dziewczyny przychodziła Regina Mordas-Żylińska – konspiratorka, zaufana łączniczka majora. Namawiała Danusię do zeznań. Obiecywała „Ince” wolność za dostarczenie informacji o oddziale „Łupaszki”. Regina była częścią „łupaszkowców”, była stawiana za wzór młodszym dziewczynom w partyzantce. Została aresztowana przez bezpiekę przed Danusią, to ona wydała adres tymczasowego rezydowania oddziału przy ulicy Wróblewskiej. Wzór do naśladowania namawiał teraz do współpracy z komunistami.
                                 Danka zaczęła zeznawać. Myślała, że nie robi nic złego. Przecież tak radziła jej koleżanka z partyzantki – Regina. Na przesłuchaniu wymieniła wszystkich znanych przez siebie żołnierzy: „Leszka”, „Makra”, „Zbyszka”, „Ponurego”, „Mercedesa”, „Zabawę”, „Czajkę”, „Gryfa”, „Mewę”. Powiedziała, jaką bronią posługiwali się partyzanci, gdzie mieli konspiracyjne kontakty. Tej samej nocy do celi „Inki” wpuszczono grupę obcych kobiet – żony milicjantów i ubeków, których mężowie zginęli w walce z żołnierzami podziemia. Dziewczynka została brutalnie pobita, obdarta z ubrania i godności. Po wszystkim kobiety wyszły. W celi Danki panowała cisza. „Inka” była pokryta jedynie strupami, zadrapaniami i sińcami. Więzienna strażniczka – Sabina, przyniosła jej ciepły koc i mokrą ścierkę do obmycia ran, prosiła, by dziewczyna jeszcze trochę wytrzymała.
                                      Trzeciego sierpnia 1946 roku sąd nowej „demokratycznej” Polski wydał wyrok skazujący Danusię na śmierć. Był pogwałceniem nawet komunistycznego prawa, ponieważ miał zostać wykonany na osobie niepełnoletniej. „Inka” odmówiła podpisania prośby do prezydenta o łaskę. Zrobił to za nią obrońca z urzędu. Przed śmiercią przekazała Sabinie jedyny gryps z więzienia skierowany do swojej rodziny. Spowiadał ją Ksiądz Marian Prusak. Nie trwało to długo. Miała tylko siedemnaście lat w dniu egzekucji. Ile grzechów może mieć dziewczyna w tym wieku, która swoją młodość poświęciła, by walczyć o wolną Polskę, w której teraz żyjemy?
                                  Sprowadzono ją wraz z „Zagończykiem” do ciemnej, betonowej piwnicy wypełnionej młodymi adeptami UB przed ochotniczy pluton egzekucyjny. Danuta i Feliks mieli związane z tyłu ręce. Nie zgodzili się na zawiązanie oczu. Prezydent nie skorzystał z prawa łaski. „Po zdrajcach narodu polskiego, ognia” wykrzyknięto. „Niech żyje Polska” odpowiedzieli krzykiem skazańcy w twarz komunistycznym mordercom. Padły strzały. „Zagończyk” upadł. Danusia stała oszołomiona. Młodzi ochotnicy plutonu egzekucyjnego nie potrafili wykonać wyroku na siedemnastolatce. Ich dowódca wyjął swój pistolet i podszedł gwałtownym krokiem do dziewczyny.
                                „Niech żyje major Łupaszko” - po raz ostatni krzyknęła. Sześć dni przed przekroczeniem progu pełnoletności.
                                 Ponieważ żyła prawem wilka, historia o niej głucho milczy. Nastolatka wyrwana z ramion kochających rodziców, rzucona na żer, dziewczyna niezłomna. Bita, poniżana, katowana, zabita w imię Polski. Smutno było jej umierać, ale wiedziała, że zachowała się jak trzeba. Wszystko zaczęło się w piątek. Dwa dni przed jedenastymi urodzinami Danusi. O 4:45. Na Westerplatte.

W ubeckich piwnicach przestrzelone czaszki,
To śpiący rycerze majora Łupaszki.
Wieczna chwała zmarłym, hańba ich mordercom,
Tętno Polski bije w przestrzelonych sercach” ~”Rozstrzelana Armia”





BIBLIOGRAFIA:
  1. Szymon Nowak „Dziewczyny Wyklęte” Fronda

piątek, 5 lutego 2016

„Grzechy chodzą po ludziach – 7 grzechów współczesnego człowieka”

Było już wstawione po angielsku - teraz czas na wersję polską :) - wyróżniona praca na konkursie Muzeum Narodowego w Gdańsku.                         


                             Życie rozpoczyna się w ciszy. Niemym oczekiwaniu. Wylęga się z nicości. Potem jest krzyk, pierwszy, głośny początek nowego istnienia. Chwila radości zdaje się odsuwać od ludzi wszystko co złe. Dorastamy, wpadamy w wir. Pędzimy. Po co? Przecież na końcu nie ma już nic.
                          Kochamy. Przynajmniej tak myślimy. Pusto. Powtarzamy zwrot słyszany od najmłodszych lat. Na początku czujemy się z nim silnie związani, używamy go w całości, wkładając w wymawiane słowa całe serce. Nagle zostaje „ja ciebie też”. Ulotne uczucie wydaje się nam być czymś pewnym, nieprzemijającym, stałym. Myślimy o nim jak o porach roku, które istnieją od zawsze. Uważamy, że nigdy nie zniknie. Właśnie wtedy je tracimy. Powoli. Bezboleśnie. W ciszy. Nagle nie czujemy już nic. Oddalamy się od siebie. Trwamy z drugą osobą, nie darząc jej miłością. Jesteśmy przyzwyczajeni do jej obecności. Bez niej byłoby ciszej, lecz nic nie uległoby zmianie. Trwamy. Nie czujemy. Ufamy. Tracimy. Grzeszymy.
                       Marzymy. Zawsze. Wszędzie. O wszystkim. Często. Tylko. Marzenia pozostają niespełnione. Nie wychodzimy poza strefę komfortu. Spełnianie ich wymagałoby odwagi. Odwaga prowokuje zachowania nieschematyczne. Dlatego się poddajemy. Nie walczymy. Kolekcjonujemy marzenia. Piszemy o nich książki, które grzecznie chowamy do najgłębszej szuflady. Oby nikt ich nie znalazł. Oby nikt nas nie oceniał. Nie chcemy być inni. Jest to niebezpieczne. Straszne. Dziwne. Narażające nas na odrzucenie. Chcemy wyjechać, uciec, zniknąć, ukryć się. Mówić, krzyczeć, zmieniać świat. Ale jedynie marzymy. Nie mówimy. Nie czujemy. Nie realizujemy. Milczymy. Grzeszymy.
                                Ufamy. Za mocno, zbyt często, byle komu. Pragniemy zrozumienia, rozpaczliwie szukamy powiernika. Znajdujemy. Cisza zostaje przerwana chwilą radości. Dzielimy się każdą myślą. Opowiadamy każdy sen. Mówimy o obawach, zauroczeniach, miłości, szczęściu. Nie wyobrażamy sobie dnia bez rozmowy z drugą osobą. Czujemy się bezpiecznie. Ufając, zakochujemy się. Wychodzimy ze swojej strefy komfortu. Jesteśmy nadzy. Narażeni na ból. Obnażając łatwowiernie swoją duszę, stajemy się bezbronni. Właśnie wtedy tracimy wszystko. Ufamy. Kochamy. Stajemy się łatwowierni. Tracimy. Grzeszymy.
                            Tracimy. Wszystko. Wszystkich. Siebie. W ciszy. Nie przeciwstawiamy się, bo uważamy to za bezcelowe. Trwamy w swojej bezpiecznej nicości. Zmiany zostawiamy na później. Przyzwyczajamy się. Tworzymy swoją nową strefę komfortu, z której przez kolejne lata nie będziemy chcieli wychodzić. Milczymy. Porzucamy jakąkolwiek próbę walki. Odwracamy wzrok, zatykamy uszy. Uciekamy, choć nie mamy gdzie. Nie chcemy podjąć działania. Boimy się skutków. Strach przed samym sobą, innymi, odrzuceniem, wyśmianiem, ponownym odrzuceniem góruje nad nami. Chęci zostają stłamszone. Emocje – zabite. Ostatni krzyk sprzeciwu już dawno zmarł. Zostaje cisza. Zgoda na utratę uczucia, zaufania. Nie protestujemy. Nie walczymy. Poddajemy się. Grzeszymy.
                     Poddajemy się. Oddajemy życie walkowerem. Strach zabija naszą pewność siebie. Chcemy chcieć. Tylko chcemy. Zezwalamy innym decydować, zmieniać rzeczywistość, w której żyjemy. Oddajemy innym w opiekę swoje życie. Bronimy się przed odpowiedzialnością. Tracimy samego siebie, poddając się. Wolność zdaje się być tematem felietonów, a walka jedynie motywem filmu. Brak nam siebie. Stajemy się nikim. Niczym. Przeźroczystą plamą. Wyraz zabrał nam strach. Poddaliśmy się. Straciliśmy. Stchórzyliśmy. Zgrzeszyliśmy.
                           Zapominamy. Lata zacierają najgłębsze rany. Nie czujemy. Giniemy. Stajemy się wyblakli jak czarna koszula prana po raz sześćdziesiąty. Wszystko zdaje się być bez wyrazu. Nic nie ma znaczenia. Nie wiemy, jak to jest kochać, ufać, bać się, walczyć, chcieć. Nie wiemy. Nie ma to już znaczenia. Przecież czas na realizację celów już dawno odszedł. W zapomnienie. Przestajemy. Nie walczymy. Stoimy. Trwamy. Grzeszymy.
                       Jesteśmy. Egzystujemy. Niemo. Bez zdania. Chcemy. Nie mamy. Zgadzamy się. Brak nam siebie w sobie. Już za późno. Teraz? Po co. Poddając się lata temu zgubiliśmy siebie. Nie pamiętamy kim jesteśmy. Co lubimy, jak się zachowujemy. Schemat uformował nowego człowieka. Jak dobrze go znasz, lubisz go? To on zabrał tobie - ciebie. Chcemy zmian. Późno. Pędzimy. Po co? Przecież na końcu nie ma już nic. Jesteśmy. Egzystujemy. Czekamy. Na próżno. Chcemy. Za późno. Trwamy. Nie żyjemy. Grzeszymy.
                           Życie ucieka nam przez palce niczym sypki piasek. Nie robimy nic by je zatrzymać. Jesteśmy schematyczni. Robimy to, co wydaje się nam być bezpieczne. Nie ryzykujemy. Z wiekiem stajemy się zachowawczy. Zmieniamy się. Tracimy samego siebie. Z pierwszego krzyku pozostaje jedynie niemy jęk. Cisza. Niema zgoda na wszystko. Tak jest wygodniej. Nie żyć. Nie być. Istnieć. Nie wychodzić na przód. Zostawać. Bezpieczniej jest nie czuć. Prościej jest być łatwowiernym. Nie myśleć. Nie analizować. Łatwiej jest oddać życie walkowerem. Nie walczyć. Poddać się. Stchórzyć. Zapomnieć. Bez wspomnień jesteśmy odarci z tożsamości. Niemi, niewidomi, głusi. Zamiast żyć istniejemy. Powtarzamy. W ciszy. Grzeszymy.


środa, 3 lutego 2016

Sinning


       Life begins in silence. In voiceless waiting. Coming out of nothingness. Then there is a first, loud scream – sign of the new born life. A while of happiness seems to take away all of the bad things. We are growing up, getting ourselves into the rat race. Rushing all the time. Why? There is nothing in the end. 
 
       We love. At least we think so. Repeating phrase that we hear since childhood. At first we feel tied up with those words putting all of us in it, our whole heart. Then it is only “you too” left. The passing feeling seems to be something certain, lasting, permanent. We are taking it for granted just like the seasons. Thinking that it will never disappear. That is the moment when we lose it. Slowly. Painlessly. In silence. We feel nothing. Drifting apart. Being next to other person not giving her even a small amount of love. We just got used to her presence. Without her it would be quiet, but nothing else would change. We are living next to each other. Not feeling anything. Trusting. Losing. Sinning. 
 
       We trust. Too much. Too often. We crave understanding. Desperately looking for a trustee. Finally we find one. Silence gets broken with a moment of happiness. Sharing every thought. Telling about all of the dreams. Talking about fears, love, fascinations, happiness. We can not imagine even a single day without a conversation with this special person. Finally feeling safe. Trusting we fall in love. Getting out of the comfort zone. Standing completely naked. Exposed to a sore. Showing the soul to someone it is easy for them to hurt us. We are vulnerable. That is the moment when we lose everything. Trusting. Loving. Being credulous. Losing. Sinning. 
 
       We lose. Everything. Everyone. Ourselves. In silence. We are not protesting. It seems to be pointless. Remaining in the comfort zone. Leaving changes for later. Getting used to the situation. Creating our new comfort zone and planning not to leave it for the next few years. We are holding our tongue. Not trying to fight. Looking away, putting our fingers in our ears. Running away, but we do not have any place to hide. We do not want to do anything, being scared of effects. Fear stops us. We are scared of ourselves, others, rejection, being laughed at and again being rejected. Desires are getting crushed. Feelings are being killed. Our last scream had been dead for years. The only thing that remains is silence. We agree to lose love, feeling, trust. Not protesting. Not fighting. Giving up. Sinning. 
 
       We give up. Defaulting our own life. Fear is killing our confidence. We want to want. Only. Allowing other people to decide for us and create our reality. Giving them our life to look after it. Running away from the responsibility. Losing ourselves giving up. Freedom seems to be only in books and fight for oneself only in movies. We are lacking ourselves. Starting to be nobody. Nothing. Just like a see-through spot. Our colours got erased by fear. We gave up. Lost. Took fright. Sinned.

We dream. Everywhere. About everything. Often. Only. We leave our dreams not fulfilled. Not getting out of our comfort zone. To make them come true we would need to have the courage. Bravery is the reason of unconventional behaviour. That is why we give up. We do not fight. Collecting our dreams. Writing books about them and then hiding them in the deepest drawer. Hoping that nobody will ever find them, that nobody will judge us. We do not want to be different. It is dangerous. Scary. Weird. We would risk being rejected. We want to leave, run away, disappear, hide. Speak, scream, change the world. But we are just dreaming. Not talking about this. Not feeling. Not making it happen. Being silent. Sinning.

        We forget. Time is healing us. Not feeling. Dying inside. Fading just like the black shirt you are washing for the thousand times. Everything seems to be not as strong as it should be. Nothing has a meaning. We do not know how it feels to love, trust, be scared, fight, want. We do not know. It doesn’t matter now. Our time has passed. In silence. We stop. Giving up. Not fighting. Standing. Lasting. Sinning.

       We are. Existing. Without a word. We want. We do not have. We agree. Lost ourselves in ourselves. It is too late. Now? What for… Giving up years ago we lost our identity. Not even remembering who we are. What we like, how we act. The world formed a new human. How well do you know him? Do you like him? He took you from yourself. We want changes. Too late. Rushing all the time. Why? There is nothing in the end. We are. Existing. Waiting. For nothing. Wanting. Too late. Lasting. Not living. Sinning. 
 
       Life is running out and we are running out of time. Doing nothing to stop it. We are schematic. Doing only the things that seem to be safe. Not risking. Growing up. Becoming more and more conservative. Changing. Losing ourselves. Our first scream turned out to be just a quiet groan. Silence. Silent consent. It is easier. Not living. Not being. Existing. Not playing the first fiddles. Leaving. It is safe not to feel. Being naïve is simpler. Not thinking. Not analysing. Giving up on our own life. Not fighting. Losing our bottle. Getting rid of our identity without any memories. Wordless, blind, deaf. Instead of living we are existing. Repeating. In silence. Sinning.



niedziela, 10 stycznia 2016

Ksiądz Robak

         Natura ludzka jest zmienna, możemy się w dowolny sposób przeobrażać. Tylko od nas zależy czy przejdziemy przemianę. Każdy jest w stanie przeżyć wewnętrzne odrodzenie, potrzebna do tego jest jedynie chęć i odrobina wytrwałości. Aby z człowieka nieczułego, zapatrzonego w siebie, bądź nieświadomego, odgradzającego się od rzeczywistości odrodzić się w kogoś godnego zaufania, dobrego, prawdziwego bohatera, potrzeba czasu, wytrwałości i ogromnych chęci.
        Przykładem imponującego wewnętrznego odrodzenia jest bohater „Pana Tadeusza” - Jacek Soplica – Ksiądz Robak. Życie tej postaci poznajemy z opowieści Gerwazego. Ten otwarty, przyjacielski człowiek był bardzo poważany w Soplicowie. Był ekstrawertykiem, miał wiele przyjaciół, o jego względy zabiegał nawet Stolnik Horeszko, który zapraszał go na uczty. Niestety przez jeden czyn Jacek stał się wyrzutkiem. Odrzucony Soplica pragnął zemsty za to, że Stolnik mimo swej przyjaźni nie chciał mu oddać swojej córki za żonę. Zrozpaczony, oschły, pesymistycznie patrzący na świat Jacek poprzysiągł zemstę. Obserwujemy wielką przemianę bohatera, która poprowadziła go do morderstwa, co potem było skutkiem jego odrzucenia przez niegdyś kochające go społeczeństwo. Gdyby nie jego samozaparcie i chęć naprawy zła, które wyrządził w gniewie to nigdy by nie przeżył wewnętrznego odrodzenia. Jacek Soplica wstąpił do zakonu Bernardynów i przyjął imię Ksiądz Robak. Jego nowy przydomek pokazuje nam skromność jaką mógł poszczycić się ojciec Tadeusza. Narodził się na nowo, był charyzmatycznym aktywistą, który chciał poruszyć lud do walki o niepodległość. Pod koniec książki nawet ratuje Gerwazego, który żywił do niego nienawiść i zabił wielu z rodu Sopliców. Jacek przeszedł imponującą przemianę i pokazał, że z najgorszej sytuacji można wyjść zwycięsko.
                       Wewnętrzne odrodzenie możemy także zaobserwować w Trenach Jana Kochanowskiego. Ten zbiór liryków pokazuje nam dokładnie jak zrozpaczony, niemogący zaakceptować śmierci swojej córki ojciec powoli godzi się z zaistniałą sytuacją. W czasie tej wyboistej drogi miał chwilę rezygnacji. Widzimy to w Trenie XVII, gdzie autor bluźni przeciw Bogu, uważa, że śmierć jego córki jest wielką niesprawiedliwością, zarzuca Mu, że miał czelność zabrać jego szczęście. Jego zagubienie nie trwało jednak długo, już w kolejnym Trenie przeprasza Boga za swoje zachowanie. Swoje faktyczne wewnętrzne odrodzenie przeżywa w Trenie XIX. Z ojca niedostrzegającego piękna świata, skupionego na bólu, żalu i pustce jaka została po śmierci jego córki zmienił się w opanowanego, pogodzonego z zaistniałą sytuacją człowieka z nadzieją na przyszłe spotkanie z córką w niebie.
                  Na wewnętrzne odrodzenie wpływ mają bliscy, rodzina, przyjaciele. Widać to na przykładzie Holdena Caufielda, głównego bohatera książki pt. „Buszujący w zbożu”. Ten siedemnastoletni chłopak, któremu rodzice zapewniają naukę w prestiżowych szkołach i dbają o jego rozwój, zaczyna się buntować. Nie słucha nauczycieli, zaczyna uciekać ze szkoły, pieniądze trwoni, sięga też po liczne używki, jego jedyną ambicją jest wypicie większej ilości alkoholu od kolegów. Zmienia się to, gdy mówi swojej dziesięcioletniej siostrze, że ma zamiar uciec z domu. Ta chce uciec wraz z nim co nie podoba się bohaterowi. Boi się o swoją małą siostrzyczkę, zaczyna zdawać sobie sprawę, że ucieczka nie prowadziłaby do niczego dobrego. Przez swoją miłość do siostry przechodzi wewnętrzne odrodzenie. Wraca do szkoły, zaczyna się uczyć i co najważniejsze żałuje tego co robił w okresie swojego buntu. Holden dojrzał, czuł się odpowiedzialny za rodzeństwo i stał się poukładanym, godnym zaufania, mądrym mężczyzną.
                 Powyższe przykłady ukazują, że wewnętrzne odrodzenie jest możliwe. Potrzebna jest jedynie motywacja, może być to chęć zmiany, troska o innych, czy pogodzenie się z tragedią i próba powrotu do szczęśliwego życia. Uważam, że każdy z nas może przeżyć takie odrodzenie, starczy jedynie chcieć i, tak jak mówi stare indiańskie przysłowie, karmić dobrego wilka, który walczy ze złym w naszym sercu.




środa, 23 grudnia 2015

Moja przyszła praca w mediach. - praca na Olimpiadę Wiedzy o Mediach 2015/16


                                             Nie byłabym dobrym komentatorem sportowym. Skłamałabym mówiąc, że dałabym radę pracować jako radiowiec. Nie uważam bycia paparazzi za marzenie, a u pogodynek liczą się jedynie ładne twarze. Pomijam wszelkich celebrytów, którzy są znani z bywania na czerwonych dywanach bądź ściankach. Gdzie widzę miejsce dla siebie w mediach? Przy komputerze, w swoim przytulnym pokoju bądź na końcu korytarza, za wszelkimi sławami i twarzami ze szklanego ekranu. Szkiełka od okularów stawałyby się coraz grubsze. Nie liczyłabym nieprzespanych godzin w nocy, ilości napisanych słów, dni spędzonych podczas patrzenia w monitor z poczuciem beznadziei, zastanawiając się, o czym jeszcze nie pisałam. Spędzałabym wolne chwile, czytając książki, oglądając filmy, po to, aby później móc je zrecenzować. Nie byłabym znaną twarzą, ale wszyscy czytaliby moje artykuły.
                                    Bycie dziennikarzem jest dla mnie czymś więcej niż zajmowanie się opracowaniem i prezentowaniem materiałów w środkach masowego przekazu. Praca ta daje możliwość wpływania na świadomość ludzką. Może prowokować, zmuszać do myślenia, zastanowienia się nad daną sytuacją. Informuje, opisuje, wzrusza. Pisanie jest dla mnie szansą na dotarcie do mas, szarych zjadaczy chleba, zapracowanych lekarzy, nianiek, adwokatów, nauczycieli, kasjerek, babć, do wszystkich. Chcę bawiąc uczyć, ucząc prowokować, prowokując wzruszać. Nie wiem, o czym pisałabym dokładnie, jakim dziennikarzem będę. Wiem jedno – nigdy nie podpiszę swoim nazwiskiem artykułu o nowych butach z krokodyla celebrytki, która jest znana z posiadania najładniejszych kości policzkowych w całym województwie mazowieckim. Co innego gdyby jej noga utkwiła w paszczy żywego krokodyla podczas próby ratowania tonącego małego Afroamerykanina, gdy wspomniana wcześniej celebrytka była na misji w Ugandzie, ratując małe niewinne istnienia. Ujmując sprawę prościej – nigdy, za żadne pieniądze, sławę i wszelkie bogactwa tego świata, nikt, nawet papież, czy królowa Wielkiej Brytanii, nie zmusi mnie do pisania artykułów niskich lotów, które czytane są jedynie w toaletach.
Pragnę podróżować, mówić o tym, co ważnego dzieje się na świecie, edukować każde pokolenie, opisywać rzeczy ważne, istotne, kontrowersyjne. Chcę, aby słowa, które wyjdą spod mojego pióra, zapadały innym na bardzo długo w pamięć, żeby dawały coś więcej niż rozrywkę. Jako dziennikarka starałabym się być wszechstronna. Chętnie pisałabym poważne reportaże, ale radość sprawiałaby mi także możliwość tworzenia krótkich opowiadań ukazujących się w gazetach.
Moja twarz nie byłaby jedną ze szklanego ekranu – nie widzę dla siebie miejsca w porannych programach czy wiadomościach. Uważam je za pracę odtwórczą, prostszą niż pisanie, tworzenie. Niestety w dzisiejszych czasach media są manipulowane, przestały być niezależne i wyraźnie opowiadają się za daną partią polityczną. Nie chcę być częścią stronniczego medium. Najważniejszą cechą dziennikarza jest dla mnie obiektywizm, nie wyobrażam sobie, aby moje subiektywne przekonania miały mieć jakikolwiek wpływ na pisany tekst.
Dobry dziennikarz zawsze stoi w cieniu swojego dzieła. Chcę, aby moje artykuły, felietony, krótkie nowele były znane, da mi to większą radość od bycia rozpoznawalną na ulicach. Nie pragnę rozgłosu, lecz posłuchu. Moja przyszła praca w mediach powinna nieść mi satysfakcję z wykonywania pracy, szczęście i dużą ilość czytelników, bo bez nich nie będę dziennikarzem. Spełnieniem marzeń byłoby dla mnie zostanie redaktorką naczelną alternatywnej gazety obiektywnej. Chciałabym stworzyć gazetę, portal internetowy, który zyskałby większą popularność od programów telewizyjnych. Ludzie są zaślepieni informacjami podawanymi przez ładne twarze ze szklanego ekranu. Chcę wyrwać społeczeństwo z marazmu, pokazać im, że nieschematyczne myślenie, różnienie się od innych poglądami nie jest przestępstwem. Zdolność kreatywnego myślenia czyni każdego z nas wyjątkowym. Gdybyśmy wszyscy rozumowali jednokierunkowo, świat byłby szary i nudny. Do tego niestety dążą dzisiejsze media, które, niczym dzieci w piaskownicy kradną sobie łopatkę, zabierają sobie odbiorców.
Pisanie jest sztuką, więc każdy dziennikarz powinien być artystą. Niestety w dzisiejszych czasach nie jest kreatorem, a jedynie marionetką systemu. Chcę to zmienić. Być częścią czegoś większego, gazety, portalu, bloga, który daje ludziom myśleć, mieć opinię. Będę burzyć i dawać innym szansę na odbudowanie po swojemu. Różnorodność czyni nas wyjątkowymi. Jako dziennikarka chcę łączyć innych, a nie dzielić takich samych.

czwartek, 19 listopada 2015

Cierpienie w "Wieży" Grudzińskiego, a życie.


          Opowiadanie

                            Cierpienie jest nieodłączną częścią życia, a końcem każdego życia jest śmierć. Książka Gustawa Herlinga-Grudzińskiego uświadomiła mi, że tylko od nas zależy, w jakim stopniu damy zawładnąć smutkowi, rozpaczy, żalowi naszą codziennością. Historia każdego bohatera tej lektury niesie ze sobą inne przesłanie, naukę, którą powinniśmy się kierować i nie zapominać o niej w obliczu niepowodzeń lun spotykających nas nieszczęść.
        To my, ludzie, potrafimy zamknąć się niczym trędowaty Lebrosso w Wieży Strachu, odseparować się od innych osób świadomie wybierając samotność. Tak jak on codziennie wybieramy pomiędzy cierpieniem w odosobnieniu, a wpuszczeniem do swojego hermetycznie zamkniętego świata żołnierza, wędrownika, który chce nam podać rękę. Dlaczego? Ze strachu przed kolejną stratą, obawą przed większym cierpieniem. Jednakże zamykając drzwi od swojej wieży, sprawiamy sobie więcej bólu noż ktokolwiek inny może nam go przynieść. Człowiek jest głównym powodem swojego nieszczęścia.
        każdy kiedyś odejdzie z naszego życia. Umrze, ucieknie, zniknie. O ile łatwiej jest pogodzić się ze stratą, gdy zostają wspomnienia. Lebrosso nie musiał odchodzić w samotności. Po śmierci swej siostry oraz kochanego kundelka Miraccolo bał się wpuścić do swej wieży wędrowca, który mógł stać się dla niego przyjacielem, którego, w głębi duszy, pragnął i potrzebował. Mógł tak jak sycylijczyk po śmierci żony, ruszyć dalej. Wspominać swoich najbliższych z uśmiechem na ustach zauważając ich cechy w nowych znajomych, mógł, ale nie chciał. Wolał na zawsze pozostać samotnym trędowatym z wieży strachu.
       W XXI wieku każdy z nas może zostać porównanym do Lebrossa. Lubimy być nieszczęśliwi, upojeni swym trądem we własnoręcznie wybudowanej i pielęgnowanej wieży strachu. Wielu ludzi nie zauważa, że to tylko od nas zależy czy będziemy cierpieć. Życie jest łatwiejsze po zburzeniu murów wieży, która ze schronienia przeistoczyła się w więzienie. Nie warto umierać w samotności jak Lebrosso, wpuszczając do swojego świata innych, dajemy sobie szansę na szczęście. 


czwartek, 30 października 2014

Wewnętrzne odrodzenie - czy to jest możliwe?

       Właśnie skończyłam pisać wypracowanie z polskiego, którego temat brzmiał: "Czy wewnętrzne odrodzenie jest możliwe?". Temat ten skłonił mnie do swego rodzaju głębokich przemyśleń. Chyba każdy z nas choć raz chciał coś w sobie zmienić, ale nie widział jak się od tego zabrać. Byłabym milsza, ale nie umiem, chciałabym być ekstrawertyczką, a nie introwertykiem siedzącym pod kocem i mającym jedyny kontakt z ludźmi przez bloga, ale nie mam na to czasu, chciałabym rozumieć fizykę, ale nie mam zamiaru się jej uczyć, lub też mam nadzieję, że jakoś zdam z przyrody w tym roku, ale nie za bardzo chcę na nią chodzić, bo nie mam czasu, chęci, a poza tym rozszerzenia... Każdy powód jest dobry, aby nie stać się lepszym. Nie mówię tu o zmienianiu samego siebie, ale o drobnym ulepszeniu, o wewnętrznym odrodzeniu.
 tym większego sensu.