Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadanie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 10 sierpnia 2017

Mornings with mood swings

Everything is pissing me off. Literally everything. The cup that I left on my desk the other day is weirdly annoying and the ceiling isn't as white as it should be. There's nothing wrong but at the same time everything is just not right. I don't know what is going on with my head but some morings are just tough. One day you wake up feeling just fine when the next day although nothing especially worrying happened you don't want to look at anyone, talk to anyone or sit in the same room with anyone but you also hate the thought of being left on your own. You don't eat because making food requires effort and you can't be bothered, making yourself a cup of coffee is the peak of the fucks you can give that day. Everything is wrong being so perfectly fine and normal. Those are just mood swings screaming to your ear that your room is messy, coffee went cold too quickly and everyone around you is just annyoing. But there's nothing wrong with you. That's just a bad day and soo it will be all over, but it will also come back soon.

And that's a preview of anoother series I want to include in my blog apart from poetry posts. Mornings with mood swings are not as deeply personal as they may seem but mostly that will be a short narrative about how you feel when you wake up annoyed for no reason. Hopefully you'll enjoy my little rants from now and then.

wtorek, 18 lipca 2017

Czternastoletni debiut

Pisanie towarzyszyło każdej chwili mojego życia. Niedawno wpadłam na sowjego dawnego bloga, który był moim pierwszym poważnym debiutem pisarskim. Opublikowałam na nim szesnaście rozdziałów napisanych od maja do sierpnia 2011 roku. Historia opowiada o losach dziewczyny, której sielankowe życie zostało przerwane przez okropny wypadek w wakacje. Nieskromnie przyznam, że jestem dumna z mojej czternastoletniej wyobraźni. A oto pierwszy rozdział - pierwszy tekst, który uświadomił mi, że pisanie to jest to czym chcę się zajmować w przyszłości. Nie wiem tylko, dlaczego akurat chciałam wysłać główną bohaterkę do Albanii...
Enjoy :)

Jeśli chcesz poznać dalsze losy Suzann - http://niiesmiertelna.blog.onet.pl/

Mam na imię Susann, dla przyjaciół Suzy. Mam brata, Aleksa, siostrę,Cindy, oraz mamę, Trinny. Ojciec umarł trzy lata temu, miałam wtedy trzynaście lat. Pozbierałam się po jego stracie, gdyż miałam bliskich, którzy mnie wspierali, bardzo. Jednak nie myślałam , że w przeciągu kilku dniu mój bajkowy świat się zawali… Ale zacznijmy od początku…
    Dryń dryń! Dryń dryń! Ze snu wyrwał mnie nagły dźwięk budzika. 7.00. Jak ja nienawidzę chodzić do szkoły na tak wczesną godzinę! No cóż. Trzeba przetrzeć oczy i zebrać swoje cztery litery. Szybko się uczesałam, umalowałam, ubrałam i umyłam zęby. Przed wyjściem z łazienki jeszcze rzuciłam okiem na mój ogólny wygląd i zaczęłam iść do jadalni, aż nagle jakiś mały biegający nieuczesany potworek przeciął mi drogę.
- Nie złapiesz mnie! Masz za małe rączki! Terefere!- krzyczała Cindy biegając wokół mnie i uciekając przed Aleksem.
- Aleks, czemu jesteś mokry?!-krzyknęłam, żeby mnie usłyszał.
-Ten potwór, ta mała jędza mnie oblała ! – odkrzyknął po czym ruszył w pogoń za Cindy, która ze szczęścia aż piszczała.
- Hej! Koniec! Śniadanie! Cindy,Aleks , ubierzcie się! – powiedziała moja mama przechodząc z kuchni do jadalni.
- Dobrze mamo- wydali z siebie ciche burknięcie i pomaszerowali do pokoju, ja dzieliłam pokój z Cindy,ośmioletnim chochlikiem pełnym radości, a Aleks jako już prawie dorosły,trzynastoletni mężczyzna miał pokój sam.
- Pomóc ci mamo? – zapytałam i ruszyłam w stronę kuchni.
- Tak, weź jeszcze płatki malutkiej.- powiedziała. Wykonałam polecenie i usiadałam na swoim miejscu wyciągając telefon.
- Znów Mike ?
- Nie. Mamo.. Julie mi wysłała eska, że nie mamy dziś ostatniej lekcji. A no i Aleks dziś ma zamiast biologii matmę.
- Dzidzia słyszałeś ? Masz dziś zamiast biologii matematykę!- mama posłała mi zbójecki uśmieszek.
- Mamo ! Ile Ray mam ci to powtarzać? Nie mów do mnie dzidzia.- w tym momencie wybuchłam śmiechem, nie mogłam się powstrzymać. – Nie śmiej się Suzy! Jestem prawie dorosły! Robicie mi siarę! I jak ja mam tu kolegów zapraszać? – wydał z siebie pomruki niezadowolenia. Cały czerwony wyszedł ze swojego pokoju z plecakiem niechlujnie zarzuconym na plecy.
- Cindy, jeszcze tylko ty!
- Idę! – chochlik wbiegł do jadalni i zajął swoje miejsce.
- Okej, więc smacznego. –powiedziała mama i zaczęła jeść kanapkę z pomidorem i ogórkiem. Po śniadaniu poszłam po rzeczy i mama rozwiozła nas po szkołach, a Cindy zawiozła do przedszkola.
***
- Heja Suzy ! – przywitała mnie moja przyjaciółka Julie. Była śliczna i miła. Po prostu chodzące złoto. Miała długie blond loczki i niebieskie oczy.
- Hejka Julia ! – uściskałam ją mocno i ruszyłyśmy pod salę.
- Patrz ! No popatrz – Julia zwróciła moją głowę w stronę niesamowicie przystojnego chłopaka.
- James. – mruknęłam,potrząsnęłam głową – Jula, przecież wiesz, że ja już mam chłopaka. Mikiego.Jest serio słodki. – zaczęła mnie przedrzeźniać.
- Taa wiem, no ale nie mów mi, że nie zerwałabyś z nim dla James’a… – nic nie odpowiedziałam, więc ona wydała cichy okrzyk zwycięstwa.
- Siema wszystkim – powiedziały wspólnie Annie, Venus, Bella , Jack i Dallas.
- Hej – odpowiedziałam z uśmiechem, bardzo ich lubiłam, była to moja paczka, zawsze jeździliśmy razem na kolonie i obozy i… wszędzie.
- Widziałyście tego nowego…James’a…- mruknęła Venus i przygryzła wargę – Jakie on jest śliczny –zapiszczała i wykonała gest mdlenia ręką. Już chciałam im powiedzieć, żeby mi o nim nie gadały , bo ja mam Mike’a jak zadzwonił dzwonek. W tym samym czasie ktoś złapał mnie w talii o obrócił w swoją stronę. To był mój chłopak.
- Hej Mike – powiedziałam i czule go pocałowałam słysząc za swoimi plecami komentarz Venus
– Obrzydliwe…
- Dlatego nie masz chłopaka – stwierdził Mike i się zaśmiał – Hej Suzy.- powiedział i jeszcze raz mnie pocałował.
- Koniec migdalenia się wchodzimy do klasy.- donośnym głosem powiedziała pani od historii. Wydałam z siebie coś na kształt chichotu i udałam się do klasy wraz z resztą klasy.
***
- Nie ! Ja wcale nie mówię, że nie lubię historii ! – wychodząc z klasy krzyknęła Bella – Ja tylko nie umiem zrozumieć tych wszystkich dat i w ogóle, po co nam to ?
Po lekcjach zawsze narzekała co było dziwne bo była piątkową uczennicą z idealną frekwencją .
- Czemu się tak dziwnie na mnie gapicie? – zapytała. Wszyscy wybuchliśmy śmiechem.
- Narzekasz. –wydukała Annie, w odpowiedzi Bells tylko się skrzywiła i odgarnęła włosy ręką. I tak spędziliśmy całą przerwę śmiejąc się z tego, że nasza mądrala narzeka.
- I tak cię uwielbiamy kochanieńka.- powiedział Jack i dał jej kuksańca w ramię.
***
- Ej, ej. – Mike zatrzymał mnie przy drzwiach wyjściowych.
- Mhm? – mruknęłam,niezadowolona.
- Nie pożegnałaś się ze mną. –powiedział i dał mi buziaka w czoło. Uśmiechnęłam się pomachałam mu ręką na pożegnanie i pobiegłam do samochodu, gdzie czekała już na mnie mama z Cindy i Aleksem, który znów grał na GAMEBOY’u. Będę musiała mu go kiedyś zabrać…
- Cześć kochanie, co w szkole? –przywitała mnie mama.
- Nuda, pani od polaka znów zadała mi mega trudną pracę domową. Ughh. Jak ja jej nie lubię !
- Ale jaką pracę?
- Mam opisać w formie opowiadania dzień, tak jakbym była kwiatkiem.
- Ojej. Fakt nie za fajna…
- Nie za fajna, jest choler…. –Aleks zauważył jak mama mrozi go wzrokiem – no, no, nie za fajna – szybko się poprawił. Zachichotałam, a on mi odpowiedział lekkim kuksańcem w ramię. Gdy dojechaliśmy do naszego bloku i weszliśmy w końcu do mieszkania zrzuciłam ciężką torbę.
-Uf… – sapnęłam.
- Dzieciaczki moje… Chodźcie do salonu ! – zawołała nas mama. Gdy wszyscy zajęliśmy miejsca zaczęła mówić.
- Ostatnio jesteście grzeczni i dobrze się uczycie…. Więc… Zaplanowałam wycieczkę! – Wokół mnie rozbrzmiały okrzyki radości.
-Ciochoo! Szszszszsz! Mamuś !Dokąd ta wycieczka?
- Polecimy do Albanii !
- Ale fajnie ! – zawołaliśmy chórem.
- Poczekajcie ! To wcale nie jest koniec ! Pojedziemy tam z rodziną Mike’a.
- Ojej, mamuś , dzięki, dzięki,dzięki – zaczęłam jej dziękować i tulić mocno.
- Nie ma za co kochanie. –powiedziała po czym dała mi buziaka w czółko.
- To ja się idę pakować. –oznajmiła Cindy i ruszyła do naszego pokoju.
- A właśnie. Zacznijcie się już lepiej pakować. Bo lecimy za dwa dni, więc nie mamy zbytnio czasu na odwlekanie pakowania rzeczy. – uśmiechnęła się mama.
- Okej ! No to jazda ! Idę spakować sobie gry na GAMEBOY’a. – powiedział Aleks – A no i… – zaczął wyglądając zza ściany – dzięki mamo, jesteś najlepsza.
- Nie ma za co, już mówiłam kochanie, zasłużyliście na taką przyjemność w ciągu roku szkolnego.
- To ja też idę się pakować.-dałam jeszcze buziaka mamie w policzek i pobiegłam do pokoju. Muszę to napisać Mike’owi, pomyślałam.
Hejka Mike. Kochanie czy wiesz, że jedziemy za dwa dni razem do Albanii?
Nie musiałam długo czekać na odpowiedź.
Tak. Bardzo się cieszę. Zaczęłaś się już pakować?
Teraz zaczynam. Kończę już. Cmok.
Okej. Słodkich snów.
Położyłam się na łóżku.Przycisnęłam telefon do serca. To będą najlepsze wakacje w roku szkolnym wżyciu. Westchnęłam i zaczęłam się zabierać do pakowania szortów, bluzek, topów i bielizny. Chyba będę musiała wziąć jeszcze jedną walizkę… Hmm… To wcale nie jest taki zły pomysł…. Tylko nie wiem ile można mieć kilogramów. Dobra, zapakuję się w jedną… Muszę się zapakować w jedną…. Jeżeli wyjmę te szorty, a dopakuję te…Albo pozamieniam bluzki… Okej… Moje rozmyślania nad pakowaniem się przerwała Cindy piszcząc.
- Co jest ? – zapytałam się.
- Pajączek .– wydukała.
- Gdzie ?
- Na parapecie. – powoli zbliżyłam się do parapetu. – Aleks ! Nosz gówniarzu jeden ! Pilnuj swoich zwierzątek !
- CO się znów stało? – wkroczyła mama.
- On nie pilnuje swoich dziwnych zwierząt ! – wypaliłam na co Cindy odpowiedziała głośnym piskiem.
- Chodź Kimmie , na pewno byś nie polubiła tych bab. – nie mogłam patrzeć jak Aleksiak bierze pająka w rękę tuli i całuje w…. no chyba w łepek…. Albo odwłok.
- O, nie, mój drogi panie. – w drzwiach zatrzymała go mama – to mi się dzieje tu ostatni raz! Już zabieraj Kimmie i włóż ją do terrarium, ale, kochanieńki, zamknij ją szczelnie, bardzo cię proszę. – Aleks mruknął i pobiegł do pokoju.
- A wy na drugi raz nie zabijajcie się prawie tylko wołajcie mnie i ja wszystko załatwię.
- On powinien mieć normalne zwierzątko, takie jak pies, kot, szynszyla, albo chomik. – stwierdziłam na co mama odpowiedziała mi uśmiechem i poszła do swojej sypialni.
- Su, pomóż mi się spakować,proszę… – Cindy uwiesiła mi się na ręku.
- Okej, ale mnie puść. –poczochrałam jej włosy na co odpowiedziała mi podąsaną minką.
- Wiesz, że nie lubię jak mi tak robisz.
- Wiem, dobra, pokaż mi co chcesz wziąć i razem zadecydujemy co jest potrzebne, a co nie. Cindy ruszyła w stronę swojej szafy i wyrzuciła, oczywiście prawie połowę ubrań. Musiałam jej dobrze wytłumaczyć dlaczego nie może wziąć aż tylu par spodni i bluzek. Oczywiście w jej ekwipunku były także najmniej potrzebne kurtki zimowe i grube spodnie. Gdy je wyrzuciłam zaczął się krzyk, no bo jak będzie zimno albo co. Znów zaczęło się tłumaczenie , że nie może wziąć spodni narciarskich, bo w Albanii jest ciepło i jej się nie przydadzą, że lepiej wziąć kostiumy kąpielowe i szorty. W końcu do niej dotarło i zapakowała się jak należy. Gdy Cindy wybiegła z pokoju do Aleksa, na pewno zrobi coś, nie jestem pewna co, że nie długo Aleks zacznie krzyczeć a Cindy piszczeć ze szczęścia, że doprowadziła go do szału, ale jak na razie mam zamiar rozkoszować się chwilą ciszy. Położyłam się na łózku i zaczęłam gapić się na sufit. Nagle dostałam sms’a.
Siema, gratuluję wyjazdu. Jak ci zazdroszczę, nawet nie wiesz jak bardzo. I to jeszcze z chłopakiem, zapowiada się pikantnie…
Sms od Venus. Uśmiechnęłam się jak go przeczytałam.
Przecież już tam byłaś, po co Ci jeszcze raz?
Głupia, każdy powód do opuszczenia kilku lekcji, kilku dni nawet ze szkoły…
Dobra, dobra nie marudź.
Nie będę Ci przeszkadzać, pakuj się.
Zaczęłam się szczerzyć do telefonu. Ale… Zaraz! Skąd ona wie, że jadę do Albanii? MIKE ! Zabiję go,przecież wie, że nie lubię się chwalić. I taki z niego przyjaciel? Policzę się z nim jutro.

poniedziałek, 26 grudnia 2016

Dear X,

We haven't spoken with each other for three years, seven months and nine days. Well... we did once, but it was only about you taking your stuff from my place. You left your socks by the way and I'm still waiting when you will come back for them. I just wanted to check if you are alright, because I couldn't figure it out after stalking you for three months on facebook. I wish I were brave enough to just call you and ask how you are doing, but I'm not. So I decided to write a letter - you like old vintage things, don't you - but I will never send it either, because I'm afraid you wouldn't read it or couldn't be bothered to answer at least.
          I hope that you are doing well and that you found your own way of living. But please, not this garage band - I know you can't play the guitar, as we both know you have always been tone-deaf. I'm sorry, not for calling you tone-deaf - you know it's true, but for everything that have happened. I'm sorry that I hurt you so bad that you pretend not to know me now when we see each other in the store. I'm sorry that I didn't apologize and that I let you go, but, dear X, you didn't fight and you let me let you go. I remember the day when I said 'yes' so well as if it was just yeasterday. Back then I was just afraid that otherwise I would lose my friend and I needed you to be by my side. I wanted you to be there for me and if I told you 'no' you would be hurt again. I never wanted to hurt you. I know I did and all I can do now is explain that I never wanted to do so. I still remember our late night walks to the nearest park. When I was sitting on the back of my favourite bench so I could be a little bit taller than you to look into your deep, brown eyes and feel so bad to lie to you just because I wanted to keep you by my side. First time you told me you loved me I didn't respond a nd I saw that you were hurt. I didn't want you to be sad or angry so next time I said I loved you too, but it wasn't entirely true, but I did everything I could to keep you by my side.
          I didn't want to lose or hurt my best friend. But I did and I can't take it back, undo it. And then you didn't want to tell our friends that we were together, this is when I saw that I actually did love you, but it was already too late. I knew too well how it feels to be someobody else's secret and I didn't like it. I promised myself oonce that I would never agree to be in a dark, jump into the closet and hide.
          Dear X, I know that I hurt you, but you need to know that you also hurt me. I thought that you didin't love me anymore, that you were ashamed of me, because we were so different and I just didn't fit perfectly in your life. That was that moment when I decided thaat I had to leave you. So I stopped talking to you, but you ignored me back, which drove me mad (actually I was pretty sad about that) and I tried to get your attention, but you just seemed to lost interest in me so I gave up. I'm sorry for the way we broke up. Shaking your hand saying "thanks for everything" wasn't the best idea, but you have to understand that it wasn't my best day and you know why. I'm glad you moved on so fast, but I hate the fact that every time we see each other in the store or on the street you ignore me and we stopped even saing hi. I'm sorry that you can't even look at me right now. I remember when I seemed to be the only one in the whole world that you wanted to look at.
          Anyways, I just wanted to say that I hope you are doing well. Last time I saw you you seemed to be quite alright. May all of your dreams come true and I know that one day you will find someone who will look at you with so much love as once you looked at me. I'm sorry.

piątek, 5 lutego 2016

„Grzechy chodzą po ludziach – 7 grzechów współczesnego człowieka”

Było już wstawione po angielsku - teraz czas na wersję polską :) - wyróżniona praca na konkursie Muzeum Narodowego w Gdańsku.                         


                             Życie rozpoczyna się w ciszy. Niemym oczekiwaniu. Wylęga się z nicości. Potem jest krzyk, pierwszy, głośny początek nowego istnienia. Chwila radości zdaje się odsuwać od ludzi wszystko co złe. Dorastamy, wpadamy w wir. Pędzimy. Po co? Przecież na końcu nie ma już nic.
                          Kochamy. Przynajmniej tak myślimy. Pusto. Powtarzamy zwrot słyszany od najmłodszych lat. Na początku czujemy się z nim silnie związani, używamy go w całości, wkładając w wymawiane słowa całe serce. Nagle zostaje „ja ciebie też”. Ulotne uczucie wydaje się nam być czymś pewnym, nieprzemijającym, stałym. Myślimy o nim jak o porach roku, które istnieją od zawsze. Uważamy, że nigdy nie zniknie. Właśnie wtedy je tracimy. Powoli. Bezboleśnie. W ciszy. Nagle nie czujemy już nic. Oddalamy się od siebie. Trwamy z drugą osobą, nie darząc jej miłością. Jesteśmy przyzwyczajeni do jej obecności. Bez niej byłoby ciszej, lecz nic nie uległoby zmianie. Trwamy. Nie czujemy. Ufamy. Tracimy. Grzeszymy.
                       Marzymy. Zawsze. Wszędzie. O wszystkim. Często. Tylko. Marzenia pozostają niespełnione. Nie wychodzimy poza strefę komfortu. Spełnianie ich wymagałoby odwagi. Odwaga prowokuje zachowania nieschematyczne. Dlatego się poddajemy. Nie walczymy. Kolekcjonujemy marzenia. Piszemy o nich książki, które grzecznie chowamy do najgłębszej szuflady. Oby nikt ich nie znalazł. Oby nikt nas nie oceniał. Nie chcemy być inni. Jest to niebezpieczne. Straszne. Dziwne. Narażające nas na odrzucenie. Chcemy wyjechać, uciec, zniknąć, ukryć się. Mówić, krzyczeć, zmieniać świat. Ale jedynie marzymy. Nie mówimy. Nie czujemy. Nie realizujemy. Milczymy. Grzeszymy.
                                Ufamy. Za mocno, zbyt często, byle komu. Pragniemy zrozumienia, rozpaczliwie szukamy powiernika. Znajdujemy. Cisza zostaje przerwana chwilą radości. Dzielimy się każdą myślą. Opowiadamy każdy sen. Mówimy o obawach, zauroczeniach, miłości, szczęściu. Nie wyobrażamy sobie dnia bez rozmowy z drugą osobą. Czujemy się bezpiecznie. Ufając, zakochujemy się. Wychodzimy ze swojej strefy komfortu. Jesteśmy nadzy. Narażeni na ból. Obnażając łatwowiernie swoją duszę, stajemy się bezbronni. Właśnie wtedy tracimy wszystko. Ufamy. Kochamy. Stajemy się łatwowierni. Tracimy. Grzeszymy.
                            Tracimy. Wszystko. Wszystkich. Siebie. W ciszy. Nie przeciwstawiamy się, bo uważamy to za bezcelowe. Trwamy w swojej bezpiecznej nicości. Zmiany zostawiamy na później. Przyzwyczajamy się. Tworzymy swoją nową strefę komfortu, z której przez kolejne lata nie będziemy chcieli wychodzić. Milczymy. Porzucamy jakąkolwiek próbę walki. Odwracamy wzrok, zatykamy uszy. Uciekamy, choć nie mamy gdzie. Nie chcemy podjąć działania. Boimy się skutków. Strach przed samym sobą, innymi, odrzuceniem, wyśmianiem, ponownym odrzuceniem góruje nad nami. Chęci zostają stłamszone. Emocje – zabite. Ostatni krzyk sprzeciwu już dawno zmarł. Zostaje cisza. Zgoda na utratę uczucia, zaufania. Nie protestujemy. Nie walczymy. Poddajemy się. Grzeszymy.
                     Poddajemy się. Oddajemy życie walkowerem. Strach zabija naszą pewność siebie. Chcemy chcieć. Tylko chcemy. Zezwalamy innym decydować, zmieniać rzeczywistość, w której żyjemy. Oddajemy innym w opiekę swoje życie. Bronimy się przed odpowiedzialnością. Tracimy samego siebie, poddając się. Wolność zdaje się być tematem felietonów, a walka jedynie motywem filmu. Brak nam siebie. Stajemy się nikim. Niczym. Przeźroczystą plamą. Wyraz zabrał nam strach. Poddaliśmy się. Straciliśmy. Stchórzyliśmy. Zgrzeszyliśmy.
                           Zapominamy. Lata zacierają najgłębsze rany. Nie czujemy. Giniemy. Stajemy się wyblakli jak czarna koszula prana po raz sześćdziesiąty. Wszystko zdaje się być bez wyrazu. Nic nie ma znaczenia. Nie wiemy, jak to jest kochać, ufać, bać się, walczyć, chcieć. Nie wiemy. Nie ma to już znaczenia. Przecież czas na realizację celów już dawno odszedł. W zapomnienie. Przestajemy. Nie walczymy. Stoimy. Trwamy. Grzeszymy.
                       Jesteśmy. Egzystujemy. Niemo. Bez zdania. Chcemy. Nie mamy. Zgadzamy się. Brak nam siebie w sobie. Już za późno. Teraz? Po co. Poddając się lata temu zgubiliśmy siebie. Nie pamiętamy kim jesteśmy. Co lubimy, jak się zachowujemy. Schemat uformował nowego człowieka. Jak dobrze go znasz, lubisz go? To on zabrał tobie - ciebie. Chcemy zmian. Późno. Pędzimy. Po co? Przecież na końcu nie ma już nic. Jesteśmy. Egzystujemy. Czekamy. Na próżno. Chcemy. Za późno. Trwamy. Nie żyjemy. Grzeszymy.
                           Życie ucieka nam przez palce niczym sypki piasek. Nie robimy nic by je zatrzymać. Jesteśmy schematyczni. Robimy to, co wydaje się nam być bezpieczne. Nie ryzykujemy. Z wiekiem stajemy się zachowawczy. Zmieniamy się. Tracimy samego siebie. Z pierwszego krzyku pozostaje jedynie niemy jęk. Cisza. Niema zgoda na wszystko. Tak jest wygodniej. Nie żyć. Nie być. Istnieć. Nie wychodzić na przód. Zostawać. Bezpieczniej jest nie czuć. Prościej jest być łatwowiernym. Nie myśleć. Nie analizować. Łatwiej jest oddać życie walkowerem. Nie walczyć. Poddać się. Stchórzyć. Zapomnieć. Bez wspomnień jesteśmy odarci z tożsamości. Niemi, niewidomi, głusi. Zamiast żyć istniejemy. Powtarzamy. W ciszy. Grzeszymy.


środa, 3 lutego 2016

Sinning


       Life begins in silence. In voiceless waiting. Coming out of nothingness. Then there is a first, loud scream – sign of the new born life. A while of happiness seems to take away all of the bad things. We are growing up, getting ourselves into the rat race. Rushing all the time. Why? There is nothing in the end. 
 
       We love. At least we think so. Repeating phrase that we hear since childhood. At first we feel tied up with those words putting all of us in it, our whole heart. Then it is only “you too” left. The passing feeling seems to be something certain, lasting, permanent. We are taking it for granted just like the seasons. Thinking that it will never disappear. That is the moment when we lose it. Slowly. Painlessly. In silence. We feel nothing. Drifting apart. Being next to other person not giving her even a small amount of love. We just got used to her presence. Without her it would be quiet, but nothing else would change. We are living next to each other. Not feeling anything. Trusting. Losing. Sinning. 
 
       We trust. Too much. Too often. We crave understanding. Desperately looking for a trustee. Finally we find one. Silence gets broken with a moment of happiness. Sharing every thought. Telling about all of the dreams. Talking about fears, love, fascinations, happiness. We can not imagine even a single day without a conversation with this special person. Finally feeling safe. Trusting we fall in love. Getting out of the comfort zone. Standing completely naked. Exposed to a sore. Showing the soul to someone it is easy for them to hurt us. We are vulnerable. That is the moment when we lose everything. Trusting. Loving. Being credulous. Losing. Sinning. 
 
       We lose. Everything. Everyone. Ourselves. In silence. We are not protesting. It seems to be pointless. Remaining in the comfort zone. Leaving changes for later. Getting used to the situation. Creating our new comfort zone and planning not to leave it for the next few years. We are holding our tongue. Not trying to fight. Looking away, putting our fingers in our ears. Running away, but we do not have any place to hide. We do not want to do anything, being scared of effects. Fear stops us. We are scared of ourselves, others, rejection, being laughed at and again being rejected. Desires are getting crushed. Feelings are being killed. Our last scream had been dead for years. The only thing that remains is silence. We agree to lose love, feeling, trust. Not protesting. Not fighting. Giving up. Sinning. 
 
       We give up. Defaulting our own life. Fear is killing our confidence. We want to want. Only. Allowing other people to decide for us and create our reality. Giving them our life to look after it. Running away from the responsibility. Losing ourselves giving up. Freedom seems to be only in books and fight for oneself only in movies. We are lacking ourselves. Starting to be nobody. Nothing. Just like a see-through spot. Our colours got erased by fear. We gave up. Lost. Took fright. Sinned.

We dream. Everywhere. About everything. Often. Only. We leave our dreams not fulfilled. Not getting out of our comfort zone. To make them come true we would need to have the courage. Bravery is the reason of unconventional behaviour. That is why we give up. We do not fight. Collecting our dreams. Writing books about them and then hiding them in the deepest drawer. Hoping that nobody will ever find them, that nobody will judge us. We do not want to be different. It is dangerous. Scary. Weird. We would risk being rejected. We want to leave, run away, disappear, hide. Speak, scream, change the world. But we are just dreaming. Not talking about this. Not feeling. Not making it happen. Being silent. Sinning.

        We forget. Time is healing us. Not feeling. Dying inside. Fading just like the black shirt you are washing for the thousand times. Everything seems to be not as strong as it should be. Nothing has a meaning. We do not know how it feels to love, trust, be scared, fight, want. We do not know. It doesn’t matter now. Our time has passed. In silence. We stop. Giving up. Not fighting. Standing. Lasting. Sinning.

       We are. Existing. Without a word. We want. We do not have. We agree. Lost ourselves in ourselves. It is too late. Now? What for… Giving up years ago we lost our identity. Not even remembering who we are. What we like, how we act. The world formed a new human. How well do you know him? Do you like him? He took you from yourself. We want changes. Too late. Rushing all the time. Why? There is nothing in the end. We are. Existing. Waiting. For nothing. Wanting. Too late. Lasting. Not living. Sinning. 
 
       Life is running out and we are running out of time. Doing nothing to stop it. We are schematic. Doing only the things that seem to be safe. Not risking. Growing up. Becoming more and more conservative. Changing. Losing ourselves. Our first scream turned out to be just a quiet groan. Silence. Silent consent. It is easier. Not living. Not being. Existing. Not playing the first fiddles. Leaving. It is safe not to feel. Being naïve is simpler. Not thinking. Not analysing. Giving up on our own life. Not fighting. Losing our bottle. Getting rid of our identity without any memories. Wordless, blind, deaf. Instead of living we are existing. Repeating. In silence. Sinning.



piątek, 4 grudnia 2015

Sen

   Gdy usłyszałam temat opowiadania, które miałam napisać na język polski bardzo, bardzo, bardzo się ucieszyłam. Lubię jednosłowne polecenia. Czasem traktuje je jako powtarzające się słowa, metaforę, bądź główny temat mojej pracy. Ta nazywa się "SEN". Miłego czytania :)




                                 Denerwowały go brednie zmyślane przez jego siostrę. Rozumiał bardzo dobrze, że uważa pracę pilota za coś niebezpiecznego, ale groźba zerwania całkowitego kontaktu była najżałośniejszym posunięciem, na które zdobyła się Ksenia. Nie wiedział dlaczego akurat tym razem tak bardzo zależało jej na tym, aby odmówił wykonania tego rejsu. Latał już dwadzieścia lat. Nigdy nic złego się nie stało. Najgorszym wypadkiem podczas lotu były turbulencje, pasażer, który czuł niesamowitą potrzebę przekazania w danym momencie pilotowi ważnej wiadomości, od niej zapewne miały zależeć losy całego świata. Jego bliźniaczka nie słuchała wyjaśnień i tłumaczeń Denisa. Racjonalnie nie potrafiła wyjaśnić dlaczego nie chce, aby brat leciał do Brazylii. Tłumaczyła mu, że opuści święta, które zawsze spędzali razem, groziła zerwaniem kontaktu i nie odezwaniem się do niego nawet jednym słowem przez resztę życia. Rzucała w jego stronę najgorsze wyzwiska, jeśli wyjedzie to będzie dla niej znak jak mało znaczy jej zdanie. Dlaczego wpadł na tak idiotyczny pomysł? Rok po śmierci rodziców chce ją znów zostawić samą! Nie chciała rozstawać się z bratem nawet na chwilę. Mówiła, że zawsze jego długie wyjazdy były dla niej katorgą, przecież nie są zwykłym rodzeństwem. Są bliźniakami! Tego było już za dużo. Ksenia zaczynała tłumaczyć Denisowi ich specjalną psychologiczną więź bliźniaczą zawsze, gdy chciała brata przekonać do swojej racji. Nudziło to pilota niezmiernie. Chciał krzyknąć na siostrę, aby przestała majaczyć, nie wymyślała bzdur, które tylko powodują jego rozdrażnienie i pogorszenie humoru na resztę dnia. I tak poleci. To jego praca. Nie zmieni jej. Lubi to co robi. A ona ma przestać w tej chwili! Wybuchł. Darł się, machał rękoma, groził. Rozpłakała się. Wyszła z salonu bez słowa i trzasnęła drzwiami. Nie chciała z nim rozmawiać przed lotem do Berlina. Przecież nie interesowało go zdanie siostry, więc uważała jakikolwiek dialog za bezsensowny.


***


 Trudno. Nie będzie zmuszał Kseni do żegnania go z płaczem i rzucania mu się na szyję. Wróci za dwa tygodnie, kobieta będzie miała czas by ochłonąć i przestać histeryzować. W takich sytuacjach doskonale wiedział, że to on na pewno jest starszym bliźniakiem. Rozmyślał patrząc na malejących ludzi, samochody, domy, pola, lasy. Za dwie godziny wyląduje w Berlinie, a jutro o czternastej musi być gotowy do lotu długodystansowego. Czuł, że nadszedł ten dzień kiedy może wszystko. Od lat marzył o locie do Brazylii, do Rio. Dość miał Azji w zimie, Europy jesienią i Afryki w wakacje. Ludzie są tak przewidywalnie nudni jeśli chodzi o podróże. Delikatne turbulencje zakłócały czasem jego wewnętrzny monolog. Chciał już wylądować, wejść do hotelu przy lotnisku i choć na chwilę zasnąć w miękkim, wygodnym łóżku. Wszystko miał zaplanowane w najmniejszym detalu od zejścia z pokładu samolotu, przez odebranie bagażu, aż do porannego śniadania i przywitania podróżników na pokładzie Boeinga 707-320C podczas lotu transkontynentalnego do Brazylii. Znowu turbulencje. Koszmar. Denis był pewien, że gdyby on siedział za sterami nic takiego nie miałoby miejsca. On, jako pilot z takim stażem, nie dopuszcza nawet do najmniejszych, słowem, mikroskopijnych turbulencji. Wszystko oczywiście w imię wygody pasażerów. Nareszcie zaczęto podchodzenie do lądowania. Na twarzy Denisa pojawił się zgryźliwy uśmieszek. Lądować na pewno pilot od niebotycznych wstrząsów także nie potrafi, więc głośno zakomunikował, że na miejscu wszystkich ludzi w tym samolocie zapiąłby pasy i przygotował się na najgorsze. Przecież lot był istną katorgą, więc bał się pomyśleć co spotka ich wszystkich przy dotknięciu przez wielkiego metalowego ptaka jego kołami ziemi. Może to będzie ostatnia rzecz jaką w życiu zrobi? Nie. Nie mógł zakończyć swojej kariery pilota w samolocie kiepsko sterowanym przez niedouczonego studenta, którego mrzonka o lataniu na długich dystansach powinna spełnić się jedynie w sennych marzeniach. Ku jego zdziwieniu nawet nie zauważył, gdy wylądowali. Nareszcie. Westchnąwszy odpiął pas. Wyłączył tryb lotu i sprawdził wiadomości na telefonie. Dwadzieścia. Ksenia. Każda o podobnej treści. Jeśli wróci spotka się z ułaskawieniem swego występku, jeśli wyleci i zostawi ją na święta samą – nie ma gdzie wracać.
„Kseniu, kocham cię” – odpisał siostrze i ruszył po swój bagaż. Już chciał położyć się w miękkiej hotelowej pościeli i śnić o jutrzejszej przygodzie.



***


                    Powoli wstał. Spał sześć godzin, ale czuł się niezmiernie wypoczęty. 12:05, czas na śniadanie.
„Denis, proszę. Nie zostawiaj mnie samej. Nie teraz. Wróć do mnie i do Farfocla. Czekamy z szarlotką. Kocham” kolejna wiadomość od Kseni. Pośpiesznie odpisał siostrze, obiecując, że wróci, ale jeszcze nie teraz. Jedząc rogalika francuskiego z dżemem truskawkowym powoli, ostrożnie, wręcz z boskim namaszczeniem zapinał swój lotniczy uniform. Nadszedł dzień, o którym dotychczas tylko śnił. Ostatni raz spojrzał na mężczyznę w lustrze. Wydawał się sobie niezmiernie przystojny, mimo niedojedzonego rogala między zębami. Cóż. Nie będzie mógł się uśmiechać. Jego senne marzenie stało się jawą. On – Dennis Krym – jest pilotem głównym Boeinga 707 320C. Podniósł swoją czapkę ze stolika nocnego i po raz ostatni w tym miesiącu zamknął za sobą drzwi od hotelu przy lotnisku.
-Witamy państwa na pokładzie Boeinga 707 320C. Mam na imię Denis Krym i z przyjemnością informuję, że jestem pilotem głównym podczas lotu 175j do Rio De Janeiro w Brazylii. Przewidywany czas lotu to 14 godzin 25 minut. Pogoda w trakcie lotu będzie nam sprzyjać, jednakże podczas całego rejsu są państwo proszeni o zachowanie środków ostrożności. Przypominam także o kategorycznym zakazie palenia podczas trwania lotu. Będziemy lecieli na wysokości jedenastu tysięcy metrów ze średnią prędkością 823km/h. Dziękuję za wybór naszych linii lotniczych i życzę miłej podróży. – głośniki w samolocie były jak zwykle słabe, mikrofon zgrzytający, przez co trenowany przez lata komunikat Denisa stał się ledwo słyszalnym, ale nie był to dla niego ważne. Wysłał ostatnią wiadomość do siostry. „Zaraz startujemy. Kocham. Tulę. Niedługo wracam. Całuję. Zawsze jestem z Tobą. Denis.” Uśmiechnął się do drugiego pilota. Dał znak załodze, aby przygotowali machinę do startu. Silniki pracowały coraz głośniej. Wieża kontrolna dała znak zezwalający na wzbicie się w przestworza. Denis czuł nieopisaną ekscytację patrząc na bezkresną przestrzeń nieba. Myślał o sobie jak o Bogu, przecież więcej czasu spędza tu, na górze, niż na lądzie. Słońce świeciło zza chmur na pożegnanie podróżnikom.
Była już dwudziesta druga. Za sześć godzin i dwadzieścia pięć minut będą w Rio. Nie mógł się doczekać lądowania na całkowicie nowym dla niego lotnisku. Cieszył się niczym małe dziecko z nowej zabawki. Uważał tę podróż za największy sukces w swojej karierze pilota. Leniwie zerknął na elektroniczną mapę.
- Będziemy musieli wyminąć tę białą – rzucił od niechcenia drugiemu pilotowi. Za kilkaset mil majaczyła przed nimi wielka biała chmura – nie chcemy chyba skończyć jak podniebny Titanic – zażartował Denis. Lot mijał im nadzwyczaj spokojnie. Prócz awarii w strefie pierwszej, czyli wymiotującego dziecka w toalecie oraz nadgorliwego pilota na emeryturze, który bardzo chciał wejść do Denisa koordynować jego pracę przy kokpicie. Na jednym z wyświetlaczy zaczęła mrugać czerwona dioda. Nie pokazał się jednak żaden komunikat.
-Uderz w kokpit to przestanie. – zaśmiał się drugi pilot. Po chwili sygnał znikł. Usłyszeli wrzaski dobiegające z wnętrza samolotu. Marek wybiegł sprawdzić co się dzieje – spadły maski tlenowe. Wrócił zobaczyć, czy nic złego nie dzieje się z podzespołami komputerowymi samolotu, czy nie ma żadnego znaku, mrugającej diody. Nic. Stewardessy uspokoiły tłum, który zdążył już pożegnać się z życiem.
Trzecia rano. Dennis leniwie przetarł zmęczone oczy. Obudził go Marek, który miał właśnie mieć przerwę na drzemkę. Mężczyzna zaczął sprawdzać dane na mapie i czas podróży. Jeszcze trzy godziny. Z podziwem śledził migające gwiazdy, które powoli znikały przy blasku rozpościeranym przez słońce. Uwielbiał takie poranki. Czuł się królem przestworzy. Śniło mu się, że wynaleziono samolot, który nigdy nie ląduje. Mógłby spełnić swoje marzenie o zamieszkaniu w przestworzach. Jak cudownym byłoby życie w samolocie. Coś potrząsnęło machiną tym samym brutalnie wyrywając go z zamyślenia. Spojrzał na ekran zagrożeń. Nic, czysto, pusto jak w jego brzuchu. Będzie musiał poprosić Marię o przyniesienie mu śniadania. Znowu turbulencje. Złapał za stery. Co się stało? Ekran nic nie pokazuje, jest zbyt ciemno, aby bez pomocy elektroniki mógł sam coś dojrzeć. Przechyliło samolot w lewo. Wyrównał. Znowu. Tym razem mocniej. Z trudem trzymał kierunek lotu. Próbował połączyć się z wieżą. Cisza. Byli za daleko, aby mieć kontakt z Berlinem, ale dlaczego nikt z Rio się nie odzywał? Zmniejszył wysokość. Sytuacja zdawała się być coraz gorsza. Pojawiła się pierwsza czerwona dioda. Denis ponowił próbę kontaktu z ziemią. Brak odpowiedzi.
- Marek! –wrzasnął – Wstawaj! – drugi pilot powoli otworzył oczy. W ogonie samolotu zgasło światło. Znikł obraz z ekranów. Mężczyźni wymienili przerażone spojrzenia. Zapanowała cisza. Przez kilka sekund było za cicho. Głusze przerwał krzyk pasażerów. Ostatnia wiadomość nagrywana do centrali.
- Dzień dobry, cześć, witamy, dobry wieczór, dobranoc, giniemy. 


***


Wielka machina wirowała bezwładnie w powietrzu. Wyglądała jak metalowa baletnica szykująca się do końcowego kroku. Choć trwało to zaledwie kilka sekund, dla pasażerów i załogi te sekundy zdawały się być wiecznością. Zawiodły silniki. Ta chwila ciszy przed upadkiem uświadomiła Denisowi jak wielki błąd popełnił. Mógł posłuchać Kseni. Przecież mówiła mu przed tym wylotem, że się żegnają. Nie zdawał sobie sprawy z tego - siostra mogła coś przeczuwać. Mówiła, że nękają ją koszmary. Od śmierci rodziców… Otworzył oczy. Ukazała mu się niebieska tafla wody. Wziął głęboki wdech. Wiedział, że rodzina załogi odsłucha nagrania z czarnej skrzyni. Zapomniał powiedzieć Kseni jak bardzo ją kocha i jak żałuje, nie posłuchał jej. Zapomniał o siostrze. Zostawił ją. Czuł się winny temu co się dzieje. Mógł sprawdzić. Mógł zawiadomić centralę, gdy zapaliła się pierwsza… Woda zalała mu płuca. 


***


Dennis obudził się zalany potem, łzami i z wysoką gorączką. Idiotyczne. Ksenia zawsze tłumaczyła mu jak sen wpływa na podświadomość ludzką i ujawnia najskrytsze obawy człowieka. Przez jej tygodniowe kazania zaczęły go nękać koszmary. Koszmar. Jeden. Wciąż ten sam. Postanowił umyć się przed długim lotem. Była szósta rano. Powoli zjadł śniadanie i poszedł się ogolić. Ręcznikiem wytarł gładką twarz. Wodą kolońską przemył miejsca po goleniu. Syknął. Spojrzał na ręcznik. Cały we krwi. Zrobiło mu się słabo.
Obudził się dopiero w szpitalu. Była przy nim zapłakana Ksenia. Miał wysoką temperaturę. Zalany potem ze szwami na szyi. Siostra milczała. Ta cisza. Znów miał ten koszmar. Spojrzał na zapłakaną bliźniaczkę. Była osiemnasta. Jego marzenie bezpowrotnie odleciało. Marek został pierwszym pilotem. Mógł się nie golić. Wszystko przez tą hotelową maszynkę. Wściekły zacisnął pięści. W drodze do domu nie odezwał się do Kseni ani razu.
Z radaru centrali w Berlinie zniknął samolot. Boeing 707 320C. Nigdy nie dotarł do Rio, ani nie zameldował się w brazylijskiej centrali. Podobno nastąpiło zwarcie w systemie samolotu. Prawy silnik przestał działać. Odnaleziono jego szczątki w oceanie. Odczytano zapis z czarnej skrzynki.





„Dzień dobry, witamy, dobry wieczór, dobranoc. Denis miałeś rację. Słuchaj Kseni. Giniemy.”





grafika alternative, colors, and grunge

poniedziałek, 10 listopada 2014

Przedszkole i pierwsza miłość

Hej, cześć, czołem! 
:3
Ostatnio przeglądałam wiele blogów, spędziłam przy tym procesie dobre kilka godzin! I zauważyłam, że mało, bardzo mało blogów jest wyposażona w konkretną TREŚĆ. Chciałam usiąść pod kocem, odprężyć się, wypić moją ulubioną gorącą herbatę i poczytać, ale nie miałam czego! Wróciłam więc do znalezionej niedawno pod biurkiem biografii Lukullusa. Dlatego też postanowiłam na moim blogu zająć się wprowadzaniem treści do blogów z obrazkami. Od dziś każdy post na tym blogu będzie się głównie składał z - LITEREK, ZDAŃ (tych złożonych nadrzędnie, podrzędnie i może nawet równoważników). Będę wam opowiadać o moim życiu, przemyśleniach, wstawiała prace trochę bardziej i trochę mniej zasługujące na miano dziennikarskich. Będziecie mogli przeczytać moje przemyślenia, wspomnienia, notki o kontekście biograficznym, filozoficznym, historycznym. Wstawię też kilka moich twórczych prac literackich. Mam nadzieję, że wam się to spodoba i co najważniejsze - że będziecie każdy post czytać z zaciekawieniem do końca :).


#palebbys #tumblr #grunge #grungeboy #grungeblog #grungegirl #grungepale #grungequote #grungeaccount #pale #sad #sadblog #softgrunge #indie #sad #smoking #weheartit #nirvana #sadpaleblog #black #satan #acdc #quotes  #grungefashion #pasteldoll #pastelfashi                Każdy dorasta w swoim własnym tempie. Pamiętam jak miałam 3 latka i po raz pierwszy miałam iść do przedszkola. Co to był za horror! Płakałam przez całą drogę, a w głowie kombinowałam co zrobić, żeby nie musieć iść do tego okropnego miejsca. Teraz mogę uczciwie powiedzieć, że moje pierwsze przedszkole było nawet fajne. Kolorowe ściany, mało dzieci, chłopczyk z którym się bawiłam (on jeździł wokoło mnie samochodzikiem, a ja siedziałam cały czas), wspaniały plac zabaw z największą zjeżdżalnią na świecie, ładna pani, która stawała na głowie, żebym tylko przestała płakać. Nie było tak źle, ale ja nie byłam na tą fajność przygotowana. Chciałam zostać w domu, z mamą, długo spać, i bawić się sama, bez dzieci, które z butami wchodzą w moje zabawowe plany. Nie potrzebowałam za dużo towarzystwa, można powiedzieć, że byłam samowystarczalna i niezależna od grupy innych dzieci. 
Raz nawet, gdy ciocia próbowała mnie zaprowadzić do tej przeklętej instytucji na ulicy Marnej to jedną ręką uczepiłam się płotu, a drugą złapałam się za jej włosy a przy tym darłam się jakbym była obdzierana ze skóry… Straty we włosach były duże, miałam po tym incydencie leciutką chrypkę i zasmarkana… siedziałam w przedszkolu. 
Reckless Serenade | via TumblrDo dziś nie wiem jak udało się jej odczepić mnie od tego płotu i swojej grzywki, ale wiem, że kosztowało ją to dużo. Nigdy więcej po tym dniu nie poszłam już do tego przedszkola. I dobrze! Dopiero kiedy miałam 5 lat mama postanowiła jeszcze raz spróbować. Tym razem poszła na łatwiznę. Nie szukała żadnego wymyślnego przedszkola z większą liczbą dodatkowych zajęć od najlepszego liceum w Polsce. Zaprowadziła mnie do tego pod blokiem na ulicy Ziołowej. I to był strzał w dziesiątkę! 
Pamiętam, że mój wieszaczek był pod choineczką, obok mnie swój wieszaczek miał Dawid (który przez jakiś czas był moim przedszkolnym chłopakiem). Od razu znalazłam tam przyjaciółkę, albo ona znalazła mnie? Miała na imię Ada i wyglądała jak chłopczyk, krótko ścięte włoski, szare leginsy i za duży, poplamiony t-shirt. Była najcudowniejszą dziewczynką w całym przedszkolu, nie odstępowała mnie na krok i pomogła mi się tam zaaklimatyzować. Razem biegałyśmy po wielkiej górce (która, jak ją ostatnio widziałam, nie jest taka duża), widziałyśmy z niej morze, Rumię, Wejherowo, a nawet Warszawę (a tak na serio to widziałyśmy nie więcej niż mur i kilka drzewek). Wyobraźnię miałyśmy wielką, a dzięki temu wspaniale się bawiłyśmy. Przy stoliku na obiadkach siedziałam z jednej strony koło Kamila, z drugiej strony koło Ady, a naprzeciwko mnie siedział Dawid i Arek. 
 Kamil był moim pierwszym adoratorem. Mieszkał w Rumii i przywoził mi kwiatki, różyczki, kiedyś nawet zapytał się mojej mamy czy nie ma nic przeciwko, żebym została jego żoną! Mogę powiedzieć z ręką na sercu, że tęsknię za tamtym Kamilem, który teraz wygląda jak poduszka na szpilki porysowana przez pięciolatka. Mówi się trudno, tak to jest, dorastamy, hormony nam szaleją i robimy różne głupie rzeczy. Ja na przykład zwymiotowałam mu koło bucików w przedszkolu (a mówiłam kucharce, że ogórkowej nie zjem!). Byłam największym zbójem w przedszkolu i tak mi zostało na kolejne lata. Z cichej, spokojnej, nie sprawiającej kłopotów dziewczynki przeistoczyłam się w rzygającą na buciki, urywającą głowy lalkom koleżanek, zabierającą jabłka pierdołę. Ale w domu byłam istnym aniołkiem. 

środa, 18 czerwca 2014

Szukanie "must have"


UrbanOd pewnego czasu szukam po wszystkich sklepach jakiekolwiek staną na mojej drodze spódnicy maxi szarej z rozcięciem z boku, sukienki maxi czarnej z koronką na dole oraz butów - sandałów na koturnie w stylu creepersów i czarnych, ciężkich butów ze sprzączkami, na szpilce.  W końcu mam wolne, więc postanowiłam wyruszyć na podbój sklepów, centrów handlowych, lumpeksów. Miałam nadzieję na to, że wreszcie znajdę moje "must have". Z części "butowej" moich poszukiwań jestem bardzo zadowolona. Nareszcie znalazłam moje wymarzone sandały (czarne za 129zł z H&M) oraz ciężkie buty na szpilce (takie jak na zdjęciu środkowym poniżej), były na przecenie i dałam za nie 75zł, również są z H&M. Co się za nimi nabiegałam to moje, ile kalorii spaliłam biegając za nimi to głowa mała, ale nareszcie je mam! Cudeńka trzeba tylko rozchodzić bo są strasznie sztywne (lakierowane w końcu...) i tak mi uciskały przez pierwszy dzień na ścięgno, że mam siniaka....No ale czego się nie robi dla wymarzonych butów!! Szukałam też sukienki i spódnicy maxi. Niestety żadna z tych które widziałam, a byłam w H&M, River Island, Stradivarius, Mohito, Monarri, Elska, Pull&Bear, Reserved, Sinsay, New Yorker oraz w pobliskich lumpach, nie była taka jak sobie wymarzyłam... Jedne miały straszne wykończenie, inne zły kolor, były krzywo zszyte, lub po prostu - jakieś takie brzydkie. Podziwiam ludzi którzy potrafią wygrzebać coś w lumpach, jest tam tyle rzeczy i na prawdę wśród wielu wielu słabych rzeczy bądź zwykłych basiców znaleźć perełkę to istny cud! Po drodze do sklepów znalazłam jednak mój kolejny must have - matowy top coat. Działa, działa, działa - i to jak! Chociaz mi sie bardziej podoba efekt po drugim pociągnięciu :). 
W następnym poście zrobię moje pierwsze DIY - wianek z kwiatków z bibuły (krepy dokładniej), na wakacje postanowiłam zrobić coś co w sumie podoba mi się od dłuższego czasu i będę nosić duży, kolorowy wianek, który potrafi rozweselić każdą stylizację! Będzie on także o wiele trwalszy od wianków z kwiatków naturalnych i troszkę bardziej efektowny ze względu na to, że kwiatki te są większe od naturalnych.



UntitledUntitled | via TumblrUntitled