Pierwsze dni w Bangkoku minęły mi za szybko, nim się obejrzałam jestem już w tym pięknym miejscu od trzech tygodni, a notka na blogu tylko jedna! Nie mam za dużo czasu na zwiedzanie, bieganie na castingi jest bardzo czasochłonne, gdy dostaję pracę to jest to kwestia całego dnia, więc tym bardziej nic nie zrobię. Ostatnio moje życie kręci się w taxi, poczekalniach, domach mody i siłowni. Raz na jakiś czas przydarzy się też jakiś masaż albo chwila relaksu w saunie. Podoba mi się tempo w jakim wszystko rozwija, ale denerwuje mnie to, że czas wydaje się uciekać coraz szybciej.
W Bangkoku na każdym kroku można znaleźć sklepy 7 eleven - w których tak na prawdę nie ma nic zdrowego, jeśli ktoś lubi jeść na okrągło tosty i zupki chińskie to będzie w raju, dla mnie jest to katorga. Na szczęście blisko mnie jest także uliczny market i street food można znaleźć bez większych problemów. Każdemu kto wybiera się do Bangkoku mogę polecić żywienie się na street foodzie - jem wszystko, codziennie i jeszcze nigdy nie trafiłam na coś nie dobrego. Najbardziej smakują mi naleśniki oraz parówki w cieście - pycha! Poza tym street food jest bardzo tani - jeden szaszłyk to kwestia 5BHT czyli ok. 50gr. Tajlandia jest rajem dla Polaków ze względu na to, że przyjeżdżając tu z 1000zł masz 10000BHT, z którymi, uwierzcie mi - nie będziecie wiedzieli co zrobić. Wydać to tu przez tydzień jest niemożliwością, no chyba, że kupujecie co popadnie. Ludzie są bardzo mili, gdy uśmiechasz się na ulicy oni to odwzajemniają, pomagają, nie kradną. Możesz chodzić cały dzień z otwartą torbą i nic ci nie zginie. Przejeżdżałam kilka razy koło słynnej "Nana plaza" i z góry mogę powiedzieć, że nic strasznego tam nie ma - owszem, widać kobiety pracujące, ale nie uważam, że jest to takie okropne miejsce jak czytałam. Uważać trzeba wszędzie, ale nie popadajmy w paranoję.
Polecam też odwiedzić Khao San Road - ulica raj dla turystów. Dużo sklepów, stoiska na których można kupić larwy, komary, skorpiony (próbowałam, polecam - pycha!) i inne tajskie pyszności, zestaw bransoletek po 100BHT i inne souveniry. Pamiętajcie żeby zawsze się targować, bo dla turystów ceny są kosmiczne - gdy zapytałam się ile kosztuje skorpion ceną wywoławczą było 100BHT - stargowałam do 60BHT, więc wytrwałością można zdziałać cuda. Najczęściej cena jest zawyżona o 50BHT. Czasami przy targowaniu sprzedawca się może zdenerwować i nie kupicie u niego nic, bo po prostu was wyrzuci ze sklepu. Zdarza się i tak, śmieszne, ale prawdziwe.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opis. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opis. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 8 lutego 2015
sobota, 7 lutego 2015
Bangkok
Po dosyć długiej nieobecności nareszcie mam chwilkę, aby opisać wam moją podróż do Bangkoku.
Wszystko zaczęło się 18 stycznia, wyleciałam w niedzielę o godzinie 17 z Polski do Berlina, w Berlinie czekałam na malutkim terminalu w Teglu około 2h na mój kolejny samolot, nie było miejsca żeby się ruszyć. Koło mnie siedziała z jednej strony blond Niemka, która jak tylko usłyszała, że mówię po polsku, obruszyła się i odsunęła, jakbym była trędowata, z drugiej strony siedziała młoda para polaków wyruszająca na podbój Abu Dhabi. Po dwóch godzinach w końcu rozpoczęło się wpuszczanie na pokład samolotu, które trwało kolejne dwie godziny! Wpuszczali bowiem według ustalonej chronologii - najpierw wszyscy pasażerowie A, potem B, C i tak dalej. Niestety nie wszyscy pasażerowie byli na czas, a gdy przedział A nie był zapełniony to przedziały dalsze musiały czekać. Ja miałam ten niefart, że siedziałam w przedziale C, więc nogi mnie bolały od stania, głowa od ciągłych wrzasków i stopa, bo blond Niemka, gdy tylko usłyszała, że zaczynają wpuszczać na pokład samolotu poderwała się gwałtownie z siedzenia taranując przy tym moją stopę i walizkę z komputerem (za to drugie chciałam ją zabić)... Wywołało to ogólną salwę śmiechu, a biedna blondi musiała niestety jeszcze długo czekać - była z pokładu E, ha ha ha.
Moim kolejnym przystankiem było Abu Dhabi. Planowałam, że podczas lotu pośpię trochę, jednak były to tylko plany. Leciałam samolotem Air Berlin - bardzo szybko rozpoczął się poczęstunek, otworzyłam koc, który dostałam na czas lotu, wyciągnęłam poduszkę z plastikowego opakowania i oglądałam mini przybory toaletowe, które uwielbiam, przy nich czuję się jak olbrzym! Myślałam, że samolot będzie większy, dwupiętrowy co najmniej - no przecież to lot międzykontynentalny! Niestety, jak dla mnie wyglądał jak troszkę większa czarterówka. Jedna toaleta na przedział, przez co były wielkie kolejki, każdy miał swój monitor na siedzeniu przed sobą na którym można było oglądać wybrane filmy - obejrzałam chyba trzy, ale najbardziej podobała mi się "Magia w blasku księżyca" Woodiego Allena. Arcydzieło! Na kolację dostałam wegetariański makaron, pudding, sałatkę, ciastko i coś jeszcze ale chyba nie było zbyt smaczne skoro nie pamiętam co to było. Spałam chyba przez godzinę i nagle byłam już a Abu Dhabi. Tam przeżyłam kulturowy szok...
Zacznijmy od tego, że według mnie i, myślałam dotychczas, że, według ogólnoświatowych norm, na lotnisku, każdy pracownik, bądź większość z nich powinni mówić po angielsku - nic bardziej mylnego. Ich angielski kończył się na "yes, no, straight, left, right information, there". Sama wśród milionów niezrozumiałych znaczków, po 20 minutach znalazłam mój terminal, mogłam odetchnąć i w końcu spokojnie usiąść. Na lotnisku było darmowe wifi, więc mogłam porozmawiać z mamą, wysłać wiadomość do znajomych, że pomimo ogromnych turbulencji i latania wokół Abu Dhabi przez 1h - wylądowałam, twardo, strasznie i źle, ale wylądowałam i jestem cała, choć przez chwilę już myślałam, że wyląduje, ale w proszku. Kolejnym szokiem była dla mnie wyprawa do toalety. Koło łazienek były dosyć duże świątynie w których odbywały się strasznie głośne modły. To nie było ani trochę dziwne w porównaiu z tym co zobaczyłam później - kobiety myły sobie stopy trzymając je w muszli klozetowej i spłukując wodę - oj. Czekałam w kolejce do toalety dla ludzi z europy, bo cała reszta wyglądała jak po tornadzie... Warto wspomnieć także o stosunku mężczyzn do kobiet w Abu Dhabi. Od samego wejścia na lotnisko dało się odczuć, że przez to, że jestem dziewczyną jestem gorsza. Ich wzrok świdrował mnie w te i z powrotem, najgorsze było dla mnie to, że wyglądałam jak jedna z nich - ciemne włosy, brązowe oczy, różniłam się jedynie kolorem skóry. Kilka razy zostałam dotknięta palcem, potrącona, przesunięta. Nie podobało mi się to. Czułam się jak rzecz. Wokół mnie chodzili bosi mnisi, pozakrywane matrony i ludzie, którzy wyglądali na bezdomnych. Spotkałam się z wieloma opiniami o Abu Dhabi - większość z nich była pochlebna, nie przeczę - miejsce jest piękne, ale ludzie... Wolałabym nie spotkać ich więcej, no ale cóż, czeka mnie jeszcze droga powrotna do Polski przez to piękne miejsce z okropnymi i niegrzecznymi ludźmi.
Samolot, którym leciałam z Abu Dhabi do Bangkoku wyglądał jakby miał się zaraz rozlecieć... Niby Emirates, taka dobra linia, tyle pochwał o nich słyszałam, a tu - brud, smród, syf. Jedzenie było dobre, ale nie mogłam się uspokoić przez wygląd siedzeń, które sprawiały wrażenie złożonych przez pięciolatka i do tego sklejonych na taśmę... Plusem było jedzenie! Lądowanie było przyjemne - bez stresowe i gładkie, nie tak jak poprzednie. Mimo to gdy wysiadłam z samolotu odetchnęłam z ulgą, ale z trudnością - bo w pierwszym momencie wydawało mi się, że w Bangkoku nie ma powietrza!
Teraz jest u mnie godzina 11AM, zaraz będę wstawać, ubiorę sie, pójdę do DUSIT ZOO, postaram się wrzucać więcej opisów Bangkoku, bo ostatnio nie miałam czasu i czuję, że bardzo zaniedbałam bloga, ale w końcu się coś dzieje!
:) :)
Wszystko zaczęło się 18 stycznia, wyleciałam w niedzielę o godzinie 17 z Polski do Berlina, w Berlinie czekałam na malutkim terminalu w Teglu około 2h na mój kolejny samolot, nie było miejsca żeby się ruszyć. Koło mnie siedziała z jednej strony blond Niemka, która jak tylko usłyszała, że mówię po polsku, obruszyła się i odsunęła, jakbym była trędowata, z drugiej strony siedziała młoda para polaków wyruszająca na podbój Abu Dhabi. Po dwóch godzinach w końcu rozpoczęło się wpuszczanie na pokład samolotu, które trwało kolejne dwie godziny! Wpuszczali bowiem według ustalonej chronologii - najpierw wszyscy pasażerowie A, potem B, C i tak dalej. Niestety nie wszyscy pasażerowie byli na czas, a gdy przedział A nie był zapełniony to przedziały dalsze musiały czekać. Ja miałam ten niefart, że siedziałam w przedziale C, więc nogi mnie bolały od stania, głowa od ciągłych wrzasków i stopa, bo blond Niemka, gdy tylko usłyszała, że zaczynają wpuszczać na pokład samolotu poderwała się gwałtownie z siedzenia taranując przy tym moją stopę i walizkę z komputerem (za to drugie chciałam ją zabić)... Wywołało to ogólną salwę śmiechu, a biedna blondi musiała niestety jeszcze długo czekać - była z pokładu E, ha ha ha.
Moim kolejnym przystankiem było Abu Dhabi. Planowałam, że podczas lotu pośpię trochę, jednak były to tylko plany. Leciałam samolotem Air Berlin - bardzo szybko rozpoczął się poczęstunek, otworzyłam koc, który dostałam na czas lotu, wyciągnęłam poduszkę z plastikowego opakowania i oglądałam mini przybory toaletowe, które uwielbiam, przy nich czuję się jak olbrzym! Myślałam, że samolot będzie większy, dwupiętrowy co najmniej - no przecież to lot międzykontynentalny! Niestety, jak dla mnie wyglądał jak troszkę większa czarterówka. Jedna toaleta na przedział, przez co były wielkie kolejki, każdy miał swój monitor na siedzeniu przed sobą na którym można było oglądać wybrane filmy - obejrzałam chyba trzy, ale najbardziej podobała mi się "Magia w blasku księżyca" Woodiego Allena. Arcydzieło! Na kolację dostałam wegetariański makaron, pudding, sałatkę, ciastko i coś jeszcze ale chyba nie było zbyt smaczne skoro nie pamiętam co to było. Spałam chyba przez godzinę i nagle byłam już a Abu Dhabi. Tam przeżyłam kulturowy szok...
Zacznijmy od tego, że według mnie i, myślałam dotychczas, że, według ogólnoświatowych norm, na lotnisku, każdy pracownik, bądź większość z nich powinni mówić po angielsku - nic bardziej mylnego. Ich angielski kończył się na "yes, no, straight, left, right information, there". Sama wśród milionów niezrozumiałych znaczków, po 20 minutach znalazłam mój terminal, mogłam odetchnąć i w końcu spokojnie usiąść. Na lotnisku było darmowe wifi, więc mogłam porozmawiać z mamą, wysłać wiadomość do znajomych, że pomimo ogromnych turbulencji i latania wokół Abu Dhabi przez 1h - wylądowałam, twardo, strasznie i źle, ale wylądowałam i jestem cała, choć przez chwilę już myślałam, że wyląduje, ale w proszku. Kolejnym szokiem była dla mnie wyprawa do toalety. Koło łazienek były dosyć duże świątynie w których odbywały się strasznie głośne modły. To nie było ani trochę dziwne w porównaiu z tym co zobaczyłam później - kobiety myły sobie stopy trzymając je w muszli klozetowej i spłukując wodę - oj. Czekałam w kolejce do toalety dla ludzi z europy, bo cała reszta wyglądała jak po tornadzie... Warto wspomnieć także o stosunku mężczyzn do kobiet w Abu Dhabi. Od samego wejścia na lotnisko dało się odczuć, że przez to, że jestem dziewczyną jestem gorsza. Ich wzrok świdrował mnie w te i z powrotem, najgorsze było dla mnie to, że wyglądałam jak jedna z nich - ciemne włosy, brązowe oczy, różniłam się jedynie kolorem skóry. Kilka razy zostałam dotknięta palcem, potrącona, przesunięta. Nie podobało mi się to. Czułam się jak rzecz. Wokół mnie chodzili bosi mnisi, pozakrywane matrony i ludzie, którzy wyglądali na bezdomnych. Spotkałam się z wieloma opiniami o Abu Dhabi - większość z nich była pochlebna, nie przeczę - miejsce jest piękne, ale ludzie... Wolałabym nie spotkać ich więcej, no ale cóż, czeka mnie jeszcze droga powrotna do Polski przez to piękne miejsce z okropnymi i niegrzecznymi ludźmi.
Samolot, którym leciałam z Abu Dhabi do Bangkoku wyglądał jakby miał się zaraz rozlecieć... Niby Emirates, taka dobra linia, tyle pochwał o nich słyszałam, a tu - brud, smród, syf. Jedzenie było dobre, ale nie mogłam się uspokoić przez wygląd siedzeń, które sprawiały wrażenie złożonych przez pięciolatka i do tego sklejonych na taśmę... Plusem było jedzenie! Lądowanie było przyjemne - bez stresowe i gładkie, nie tak jak poprzednie. Mimo to gdy wysiadłam z samolotu odetchnęłam z ulgą, ale z trudnością - bo w pierwszym momencie wydawało mi się, że w Bangkoku nie ma powietrza!
Teraz jest u mnie godzina 11AM, zaraz będę wstawać, ubiorę sie, pójdę do DUSIT ZOO, postaram się wrzucać więcej opisów Bangkoku, bo ostatnio nie miałam czasu i czuję, że bardzo zaniedbałam bloga, ale w końcu się coś dzieje!
:) :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)