niedziela, 17 maja 2015
Bangkok my love
środa, 22 kwietnia 2015
Kochanka marynarza, kochanek morza.
Baśń o Gdyni, nagrodzona pierwszym miejscem w konkursie literackim :)
Kochanka marynarza,
kochanek morza.
Między dwoma pagórkami, blisko lasu,
w wiosce otoczonej wysokimi modrzewiami, okazałymi berberysami,
rozległymi łąkami, na których rosły chabry, bzy i bławatki
mieszkała ze swoją liczną rodziną Aniela. Miała 13 braci i 8
sióstr. Wraz z rodzicami zajmowali się uprawą sadów, na pobliskim
targowisku sprzedawali maliny oraz piękne bukiety kwiatów. Aniela
była miła, subtelna, a jej wdzięk i dojrzałość wszystkich
zadziwiały. Była najstarszym dzieckiem Zofii i Bolesława, liczyła
19 wiosenek. Kochały ją dzieci, zwierzęta, głos miała tak piękny
jak śpiew słowika, jej długie blond włosy niesfornie opadały na
ramiona, na zaróżowionych policzkach widniały piegi, a jej oczy
były niebieskie jak głębia oceanu.
Aniela codziennie szła około 10
kilometrów do chat rybaków po świeże dorsze. Zawsze niosła ze
sobą wodę, aby po drodze podlać kwiaty, które zasadziła na
okrągłej wysepce, nazwanej przez nią wyspą centralną. Przed
powrotem do domu lubiła udać się na spacer wzdłuż morza, zawsze
je podziwiała. Wprawiało ją w zadumę. Często siedziała kilka
minut na skałach obserwując statki przypływające do portu i
wypływające na wielki, bezkresny żywioł. Jej szczególną uwagę
skradł okręt większy niż inne. Posiadający cztery maszty,
uzbrojony w armaty, groźnie wyzierające z malutkich okienek. Cały
kolos był ozdobiony rzeźbami syren, uskrzydlonymi kobietami,
gargulcami, konikami morskimi, a na dziobie znajdował się wielki
smok z otwartą paszczą i rozpostartymi skrzydłami, na jego głowie
stał gladiator z trójzębem skierowanym w szyję bestii. Na prawej
burcie widniał napis „Dragon”. Statek ten wzbudzał podziw,
zachwyt, a jednocześnie strach i obawę. Aniela zawsze przyglądała
mu się z ukrycia. Podobały jej się figury i rzeźby, które go
ozdabiały, a marynarze stojący na masztach podczas przybijania do
portu zawsze wprawiali ją w osłupienie.
Pewnego dnia, nie zaważając na
zakazy rodziców i przestrogi starych rybaków, postanowiła zobaczyć
ogromny statek z bliska. Czekała, aż okręt pojawi się na
horyzoncie. Od razu, gdy go zobaczyła, ruszyła w jego stronę.
Ściskając w ręku wiklinowy koszyk ze świeżymi dorszami, powoli
podchodziła do kei, do której przybił statek. Zachwycona
żłobieniami i płaskorzeźbami nie zauważyła zbliżających się
marynarzy i wpadła na jednego z nich, wysypując wszystkie ryby z
kosza. Szybko przeprosiła i w popłochu zaczęła zbierać dorsze.
Nieznajomy pomógł jej. Gdy Aniela podniosła wzrok, ujrzała
wysokiego, czarnowłosego, potężnego mężczyznę. Jego oczy były
koloru jasnego bursztynu, podarta koszula ukazywała skrawek tatuażu
kryjącego się na klatce piersiowej mężczyzny. Na prawym policzku
widać było różową bliznę, spodnie były dziurawe, a przy pasie
miał przyczepiony scyzoryk i mały rewolwer. Aniela uśmiechnęła
się i podziękowała za pomoc. Ku jej zdziwieniu nieznajomy widząc
jej fascynację rzeźbami, które znajdowały się na statku,
zaproponował zwiedzenie pokładu. Dziewczyna długo się nie
zastanawiała, złapała go za dłoń i pozwoliła mu być swoim
przewodnikiem po korytarzach zachwycającego kolosa.
Ludzie na statku mówili w innym
języku, obcym, całkowicie niezrozumiałym dla Anieli, lecz mijając
ją, kłaniali się, zdejmowali z głów czarne kapelusze, ukazując
przy tym brak ucha bądź wielkie blizny oraz witali ją mówiąc
„dzień dobry”. Anieli tak dobrze rozmawiało się
z nieznajomym, że nie zauważyła jak późno już było. Na
pożegnanie marynarz dał jej czarny rzemyk z płaskim kamykiem w
kształcie łezki, na którym wyżłobione było jego imię –
Dengizer. Poprosił ją, aby, gdy zobaczy statek dobijający do
nabrzeża Bałtyku, przyszła do niego, bo nie może znieść myśli,
że mógłby jej więcej nie zobaczyć. Aniela obiecała mu przyszłe
spotkanie, ucałowała w policzek i w pośpiechu pobiegła do domu.
Zapytała rodziców o tajemniczy statek przybijający do portu kilka
razy w roku, który zachwyca i przeraża wszystkich mieszkańców, a
jego załoga chodzi w podartych ubraniach, mówi w innym języku i ma
zawsze przy sobie broń. Bolesław spokojnie wytłumaczył córce, że
nikt nie wie nic więcej o tym kolosie prócz tego, że pochodzi on
z dalekiej krainy zwanej Turcją i poprosił ją, aby nigdy nie
rozmawiała z żadnym z marynarzy.
Leżąc w łóżku, Aniela nie mogła
zasnąć. Jej myśli krążyły wokół tureckiego mężczyzny, który
ujął ją swoją grzecznością, niepewnością, tajemniczością,
egzotycznością. Był inny niż chłopcy z jej wioski. Gdy zamykała
oczy, widziała jego twarz, czarne włosy, bliznę, uśmiech.
Przypominała sobie jego dotyk, skórę, która pod opuszkami jej
palców zdawała być się kawałkiem aksamitu. I sposób w jaki na
nią patrzył, nikt jeszcze nigdy tak na nią nie patrzył jak on.
Dengizer, człowiek morza, marynarz, rok od niej starszy, który w
jeden wieczór odkrył przed nią świat, wydający się być tak
daleki, obcy, nieosiągalny, nagle był tak bliski, tak bliski, jak
on... Zasnęła.
Z utęsknieniem czekała na kolejne
spotkanie, odliczała miesiące, tygodnie, dni, godziny, sekundy.
Zaczynała się jesień, minęły trzy miesiące od ich pierwszej
rozmowy. Nagie drzewa zdawały się marznąć bez liści, lilie
posadzone przez Anielę na wyspie na pamiątkę spotkania z
Dengizerem przekwitły, a zasadzone słoneczniki jeszcze nie
zakiełkowały. Każdy dzień zabierał kawałek nadziei na kolejną
rozmowę z młodym marynarzem. Pierwsze kwiaty nieśmiało wystawiały
na świat swoje łodyżki. Aniela jak co dzień siedziała na skałach
wpatrzona w bezkres morza. Nagle jej oczom ukazał się okręt, na
który czekała trzy miesiące. Nie zważając na nic, w pośpiechu
zaczęła biec do portu. On już tam był. Choć widzieli się tylko
raz, rozmawiali zaledwie kilka godzin, to witali się jak znająca
się lata para kochanków. Dziewczyna opowiedziała mu o
przestrogach, zakazach i o wielkiej tęsknocie nękającej ją przez
jego nieobecność. Błagała go, aby zrezygnował z żeglowania po
bezkresnych morzach i oceanach. Pragnęła, by zamieszkał z nią w
chacie między pagórkami, ale Dengizer nie chciał, nie mógł.
Kochał Anielę, ale tak samo wielkim uczuciem darzył też morze.
Morze, które było tak niebieskie, wielkie i głębokie jak oczy
jego ukochanej. Z miłości nie da się zrezygnować, obojętnie czy
jest ona do drugiego człowieka, czy do morza. Siedząc na maszcie,
marynarz opowiadał jej o swych morskich przygodach, o zwiedzonych
przez niego krajach i o istotach, które widział. Aby dziewczynie
łatwiej było znosić rozłąkę zaproponował odliczanie dni do
kolejnego spotkania za pomocą kwiatów. Letnie lilie, jesienne
słoneczniki, zimowe wrzośce i wiosenne tulipany miały zwiastować
rychłe spotkanie z ukochanym. Pierwsze nasiona wrzośców dostała
od Dengizera na pożegnanie, ona dała mu niebieską chustę, która
miała mu o niej przypominać za każdym razem jak na nią spojrzy.
Aniela stała na brzegu i patrzyła jak morze znów zabiera jej
ukochanego. Ze łzami w oczach pobiegła do wyspy centralnej, aby
koło rosnących słoneczników zasadzić wrzośce, które miały
wykiełkować na zimę.
Znowu mijały dni, miesiące i
tygodnie, a mężczyzna nie wracał. Ale Aniela nie traciła nadziei.
Bacznie obserwowała jak wrzośce o niebieskich kwiatach rozwijają
się, rosną, powoli wynurzają swoje małe gałązki spod śniegu.
Użyła kawałka materiału i kilku patyków do wykonania masztów,
które postawiła na wyspie. Z daleka wysepka sprawiała wrażenie
małego, wzburzonego morza ze statkiem, który jest całkowicie
poddany woli natury.
Był luty. Śnieg topniał, pierwsze
tulipany nieśmiało wysadzały główki spod ziemi. Statek przybił
do portu. I znów przez jeden dzień Aniela była w pełni
szczęśliwa. Dengizer obiecał jej, że po powrocie z kolejnej
wyprawy weźmie z nią ślub i osiedlą się gdzieś. Nie wiedział
gdzie, nie grało to dla nich żadnej roli. Chcieli być razem, ale
nie mogli. Jeszcze nie teraz... Dzień minął szybko, znowu musieli
się żegnać. Dengizer podarował Anieli metalową zawieszkę do
bransoletki. „Wczoraj, dziś, jutro, zawsze” - błyszcząca
łza spłynęła po policzku dziewczyny. Morze, choć piękne,
wydawało jej się bezlitosne. Znowu zabierało jej kochanka. Znowu,
kolejny raz musiała się z nim żegnać i cierpliwie czekać na jego
powrót. Dengizer pomachał jej z pokładu niebieską chusteczką.
Trzy miesiące upłynęły
niespodziewanie. Na wyspie zaczęły kwitnąć lilie. Statku jeszcze
nie było widać na horyzoncie. Złote liście wirowały na wietrze,
pierwsze bociany odleciały w dalekie kraje, morze zdawało być się
bardziej wzburzone, skały były zimne, na wyspie rosły słoneczniki.
Okręt nie dobił do brzegu. Wiatr był coraz mocniejszy, pierwsze
płatki śniegu spadały na ziemię, zapasy w spiżarni rosły, rosła
też tęsknota Anieli za ukochanym. Niebieskie wrzośce znów
imitowały morze, zrobione przez dziewczynę żagle trzepotały na
wietrze. Do portu dobijały nowe statki, ale nie ten na który
czekała. Pierwsze tulipany wyglądały spod ziemi. Śnieg zniknął
jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Dengizera nie było,
wraz z nim nieobecna była część Anieli. Uśmiech zniknął z jej
twarzy, niebieskie oczy były pełne łez, nie mówiła, nie zbierała
kwiatów. Chcąc być samą ze swym nieszczęściem, udała się do
lasu, za pagórek. Usiadła na mchu, pochyliła się, zaczęła
płakać. Płakała tak długo, że z jej łez powstał potok. Gdy
Aniela ujrzała go, pomyślała, iż woda doprowadzi ją do
ukochanego. Niestety, kanał portowy do którego zaprowadziły ją
łzy był pusty. Nie było ani jednego statku, ani jednego człowieka.
Wróciła do domu. Smutek pochłonął ją całą. Z każdym dniem
czekania na ukochanego umierała cząstka dziewczyny.
Zaczęły rozkwitać słoneczniki.
Aniela udała się na koniec bulwaru, skąd niegdyś obserwowała
statek dobijający do portu. Z dala dostrzegła mewę lecącą w
stronę lądu. Rozłożyła ręce, wyobrażała sobie, że czeka na
ukochanego. Zamknęła oczy, miała wrażenie jakby Dengizer tam był,
jakby stał koło niej. Krzycząca mewa wyrwała ją z głębokiego
zamyślenia. Usiadła naprzeciw niej. Samotna kobieta zaczęła do
niej mówić, ptak zdawał się jej słuchać. Patrzył na nią
uważnie swymi wielkimi brązowymi oczyma. Gdy dziewczyna zamilkła,
zwierzę podeszło do niej, na szyi miało zawieszony czarny rzemyk z
metalową zawieszką i białą karteczką. Aniela powoli zdjęła
sznureczek z szyi ptaka. „Wczoraj, dziś, jutro, zawsze...”
- nie miała wątpliwości, była to zawieszka Dengizera. Na białej
karteczce przeczytała dokończenie sentencji - „...będę cię
kochał, nawet gdy morze nas rozdzieli”. Nie mogła powstrzymać
łez. Mocno przytuliła do piersi ostatnią wiadomość od
ukochanego. Mewa podeszła bliżej, musnęła dłoń Anieli
skrzydłem, tak delikatnym jak aksamit. Dziewczyna dopiero teraz
zauważyła bliznę widniejącą na twarzy ptaka. Szeroko otworzyła
oczy, wyszeptała imię ukochanego, mała, błyszcząca łza spłynęła
po policzku mewy. Odleciała. Aniela wstała i pożegnała Dengizera
tak jak go chciała powitać – z rozpostartymi ramionami, stojąc
twarzą do morza, które na zawsze odebrało jej ukochanego.
Do dziś widzimy w Gdyni ślady
wiecznej miłości Anieli i Dengizera. Potok z łez dziewczyny –
Chylonka – ma swoje źródło w chylońskim lesie, wpada do kanału
portowego. Na wyspie centralnej na początek pór roku zmieniane są
kwiaty, w listopadzie pojawiają się także na niej żagle. Statek
„Dragon” stał się atrakcją turystyczną, a Aniela wciąż
czeka z rozpostartymi ramionami na gdyńskim bulwarze na Dengizera i
innych, którzy odeszli na wieczną wachtę. Aniela czeka na
ukochanego jak każda żona marynarza, martwiąc się, czy morze odda
jej męża czy go zabierze na zawsze. Pamiętajmy o tym, aby mijając
mewę, przywitać się z nią, pomachać, bo może w ciele tej mewy
jest dusza Dengizera lub innego marynarza, który nie potrafił
zrezygnować z miłości do morza, które go pochłonęło i zabrało
znajomym, przyjaciołom, rodzinie, ukochanej.
~
Najsilniejszym kobietom, które mam przyjemność znać - żonom
marynarzy.
Etykiety:
bajka,
bajka o gdańsku,
bajka o gdyni,
bajka obajka o miłości,
kochanek morza,
kochanka marynarza,
konkurs,
konkurs literacki,
metafory,
trójmiasto
niedziela, 15 lutego 2015
Dream world
Kilka tygodni temu, kiedy miałam swój wymarzony wolny dzień, postanowiłam razem z koleżankami pojechać do dream world - jednego z amusement parków w Bangkoku. Dojazd z prowincji Dusit kosztował nas około 400BHT, a wejście to kwestia około 800BHT. Warto jest wydać 80zł na ten park atrakcji. Przez park miniatur po szalone rollercoastery - znajdzie się tam wszystko, dla każdego. Mimo to, niemożliwością jest spędzenie tam więcej czasu niż 5 godzin (wliczając w to przerwę na obiad).
Wejście wygląda magicznie - prawie tak jak to do Disneylandu. Pierwsze kroki pokierowałyśmy w stronę parku miniatur. Nie jest on dużych rozmiarów, ale miniatury wykonane są naprawdę dobrze. Prócz nich można znaleźć ogromne rzeźby - moją ulubioną był gigant zapadający się pod ziemię.
Po kilku minutach sesji zdjęciowej w parku poszłyśmy na pierwszy rollercoaster. Był najmniejszy i nazywał się "speedy mouse". Szczerze mówiąc weszłyśmy na niego jedynie dlatego, że był darmowy. Stojąc na ziemi i patrząc na to jak jedzie wydawało nam się, że jest wolny i nie mogłyśmy zrozumieć dlaczego ci ludzie tam tak wrzeszczą. Szybko się przekonałyśmy dlaczego słychać było tak donośne krzyki. Mimo wielkości i miernej szybkości - przeciążenia były ogromne. Stoczyłyśmy się ze schodów i ruszyłyśmy do domu giganta. Pierwszy raz w swoim życiu poczułam się naprawdę maleńka. Wszystko w około mnie było z pięć razy większe ode mnie.Naszym kolejnym celem była nawiedzona willa. Kolejka była tam najmniejsza i w sumie się nie dziwię, bo nie było tam nic specjalnie strasznego. Liczyłam na mały zawał serca, a wyszłam uśmiechnięta bez jakichkolwiek okropnych wspomnień. Chodzi się tam po czarnych korytarzach, światło oczywiście jest zgaszone, raz na jakiś czas coś wyskakuje zza rogu, dużo pająków, trupów, mumii i krzyków, pisków innych niepokojących odgłosów. Jedynym strasznym momentem było wejście do sali z elektrycznym krzesłem, na którym siedział człowiek przygotowany do wykonania wyroku. Gdy nastąpiło się na metalową płytkę ten zaczynał wrzeszczeć, trząść się, odchylił głowę w tył, a metalowa płytka zaczynała wibrować. Było to jedyne okropne przeżycie, choć dla mnie można to ująć za niesmaczne.
Potem udałyśmy się na rollercoaster huragan, jedyna atrakcja z której zrezygnowałam. Jest to huśtawka, która buja się z prędkością 60km/h obracając się do tego dookoła własnej osi i bujając się na boki. Mój błędnik potrafi znieść wiele, ale nie to... Zamiast huraganu poszłam na statek, który w niektórych momentach bujania prawie stał pionowo. Najlepszym rollercoasterem był według mnie skycoaster - nie pod względem szybkości czy przeciążeń, ale pod względem widoków. Cała przejażdżka nie trwała nawet 3 minut, ale na prawdę warto było czekać w kolejce na tę atrakcję. Najszybszą kolejką na którą odważyłam się wejść było tornado - 75km/h buja się w dwie strony i obraca dookoła. Wygląda okropnie, a jest cudownie. W niektórych momentach nie byłam w stanie podnieść moich rąk do góry, widoki przepiękne, szybkość - wow. Każdemu mogę polecić też rwącą rzekę - wsiadasz do łódki, musisz zostawić w szafce wszystkie rzeczy, które nie chcesz żeby zmokły i łódka razem z tobą jest wciągana na stromą górką. Potem pod kątem ok. 45 stopni jest spuszczana do wody. Gdy wpadasz do basenu tworzy się wielka fala, która imituje ścianę - przepiękny widok. Miałam przyjemność obserwować tę ścianę z dwóch stron, jednak stojąc na mostku zapomniałam, że ta woda musi gdzieś spaść i prawdopodobnie spadnie... na mnie. Tak więc cała przepiękna fala z wody spadła na moją twarz, ubranie, buty... Ale było warto. Takiego widoku się nigdy nie zapomina. Byłam też na skycoaster - jest ciemno, jadąc widzisz różne konstelacje gwiazd, oraz na wodnym coasterze, który tak naprawdę był zwykłą łódką polewaną raz na jakiś czas wodą z góry. Wyszłam mokra, ale zadowolona nie za bardzo.
Atrakcją, która cieszyła się największą popularnością wśród Tajów była kraina lodu. Dwa pokoje, gdzie było około -15 stopni i wszędzie był śnieg... Widok niesamowity, poczułam się jak w domu - w końcu w Polsce jeszcze wtedy leżał śnieg, ale dla mnie było pięć razy zimniej, bo byłam cała mokra po wodnych przejażdżkach.Miałyśmy to szczęście, że trafiłyśmy na paradę. Nie była ona za wesoła, przez wysoką temperaturę ludzie w pluszowych strojach byli jacyś tacy... nieruchawi. Nie dziwię się im - też nie miałabym ochoty wskoczyć w wielkie przebranie myszki i do tego jeszcze tańczyć. W życiu!
Bardzo podobało mi się w dream worldzie, nareszcie miałam czas na relaks i dobrą zabawę. Po raz pierwszy w Tajlandii mojej głowy nie zaprzątało to co zjem na obiad ani to kiedy pójdę na siłownię. Po prostu dobrze się bawiłam i nie przejmowałam niczym ani nikim.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



